W Milwaukee mają najwyraźniej problem z karierą muzyczną Damiana Lillarda. Zawodnik nie dostosował się do standardów Taylor Swift. Raper w Wisconsin to prawdziwa ezgotyka.

 

Damian Lillard stawia coraz odważniejsze kroki w swoim wcieleniu Dame D.O.L.L.A. Kilka tygodni temu wypuścił pierwszy krążek i opinie generalnie są podzielone. Niektórzy twierdzą, że powinien skupić się na koszykówce, inni z kolei podpowiadają, że posiada także drugi talent i dobrze, że nim również dzieli się z otoczeniem. Słucham rapu od dziecka, ale w żadnym wypadku nie uważam się za eksperta. Mimo to słyszałem znacznie gorsze rzeczy niż produkcje wypuszczane przez Lillarda. Sami sprawdźcie…

Hej, jest chyba nieźle. Możemy bawić się w krytyków i mówić o jego technice, ale w gruncie rzeczy nie jest to gówno, z którego ludzie będą się nabijać przez reszte życia autora. Dame traktuje to wszystko bardzo poważnie. Blisko miesiąc temu wypuścił krążek pt. „The Letter O​”, który skupia się na trzech miejscach z życia zawodnika – Oakland, gdzie się wychował; Ogden, gdzie chodził do college’u i Oregon, gdzie rozpoczął swoją karierę. Rozumiecie zatem dlaczego litera O i dlaczego numer 0. By przesłuchać, wystarczy poszukać w odpowiednich miejscach. Na projekcie pojawiają się m.in. Lil Wayne i Jamie Foxx.

Jednak zanim Lillard wypuścił krążek, publikował swoje kawałki na SoundCloudzie. Fani z Milwaukee wykorzystali ten fakt przy okazji ostatniego meczu Blazers z Bucks. “Sound-Cloud rap-per!” – rozległo się z trybun Bradley Center.

Dame D.O.L.L.A. może mieć tylko nadzieję, że reszta ligi nie podchwyci złośliwości fanów Milwaukee Bucks i w konsekwencji nie przypnie mu łatki mocno uderzającej w ambicje rapera.

fot. Nelson Chenault
Michał Kajzerek
@mkajzerek