Marcin Gortat ma wiele do powiedzenia – nie tylko na parkietach NBA. Najlepszy polski koszykarz w świetnym wywiadzie dla magazynu Forbes opowiedział o swojej działalności filantropijnej, inwestycjach, oraz planach na przyszłość.

 

W rozmowie z Krzysztofem Domaradzkim, Gortat poruszył kilka ważnych wątków swojej kariery i życia osobistego. Poniżej najciekawsze fragmenty jego wypowiedzi. Całość możecie przeczytać TUTAJ do czego serdecznie zachęcamy.

Kiedy miałem 21 lat i dostałem się do NBA, myślałem tylko o tym, żeby podpisać kontrakt na kilka milionów dolarów, zapewnić sobie zabezpieczenie na resztę życia i mieć wszystko, czego dusza zapragnie. Ale potem zacząłem się kształcić. Zmieniać. Ulepszać jako człowiek.

 

Jesteśmy gwiazdami, ludźmi, którym udało się wdrapać na szczyt, więc teraz powinniśmy pomóc innym. Niektórym przychodzi to z wielkim trudem. I nie mówię tu tylko o wydawaniu ciężko zarobionych pieniędzy, ale chociażby o organizowaniu pomocy. Skoro sportowcy nie mają problemu z tym, żeby za pośrednictwem Facebooka czy Instagrama prosić kibiców, aby głosowali na nich w rozmaitych konkursach, to dlaczego tak trudno jest im zorganizować zrzutkę na potrzebujące dziecko? To smutne. Powinni pomagać na bardzo wysokim poziomie, a nie są w stanie zrobić nawet czegoś tak drobnego.

 

Już na samym początku pobytu w NBA przekonywano mnie, że muszę nauczyć się dwóch rzeczy: mówić „nie”, kiedy słyszę prośby o pomoc finansową, i samodzielnie inwestować. To było dla mnie istotniejsze niż znalezienie ludzi, którzy będą to robić za mnie. Zresztą pozyskanie takich specjalistów też nie jest proste. Zwolniłem już kilka osób zarządzających moim portfolio inwestycyjnym, ponieważ osiągali wyniki gorsze niż rynek. Teraz współpracuję z człowiekiem, któremu na początku powierzyłem 100 tys. złotych. Sprawdził się, więc dałem mu więcej. Dziś zarządza kilkunastoma milionami złotych.

 

W Polsce nie da się zarobić dużych pieniędzy na klubach sportowych. Jeszcze nikomu to się nie udało. Brakuje nam do tego odpowiedniej bazy. Kultury tworzenia rzeczy od podstaw i umiejętności długofalowego planowania. Nie ma klubów, niezależnie od dyscypliny, które byłyby wylęgarnią talentów. A przede wszystkim brakuje ludzi, którzy mieliby ochotę coś z tym zrobić. Dlatego zamiast tworzyć klub, którego utrzymanie w Polskiej Lidze Koszykówki pewnie kosztowałoby mnie 1–2 mln złotych, wolę inwestować w młodzież.

 

Jaka jest najważniejsza lekcja, jaką wyciągnąłeś z parkietów NBA?

Wskazałbym dwie. Jednej nauczyłem się już pierwszego dnia i powtarzam ją pierwszoroczniakom w NBA: zamknij buzię, a otwórz oczy i uszy. Czyli słuchaj i oglądaj, zamiast gadać. A druga lekcja tyczy się chyba wszystkich sportowców: zwróć uwagę na siebie. Skoncentruj się na tym, co powinieneś zrobić. Postaw sobie cel i dąż do niego. Wstając rano, zadaj sobie pytanie, co zamierzasz dzisiaj zrobić, żeby go osiągnąć. To pytanie, które ja sobie zadawałem każdego dnia. W ten sposób ukształtowałem swój charakter. I dotarłem do punktu, w którym chciałem być.

Czytaj także: Młody Rivers zwyzywał kibica!