Przedstawił się szybko i nie pozostawił żadnych wątpliwości, że przed nim historycznie dobra kariera, ale seria, jaką zanotował w sezonie 1988/1989 była swoistą definicją talentu Michaela Jordana i zapowiedzią jego tryumfów.

 

Ciągle nabierał doświadczenia i bawił się w gry ze swoimi przeciwnikami, by poznać ich słabe strony. Mimo to za każdym razem, gdy chwytał piłkę do rąk, obrona nie miała pojęcia czym zaskoczy ją tym razem. Seria dziesięciu triple-double w przekroju jedenastu meczów tamtego sezonu otworzyła oczy wszystkim, którzy ciągle nie byli pewni jego ewentualnego zwycięstwa. Doug Collins prowadzący wówczas drużynę Chicago Bulls, zaczął eksperymentować z rotacją i przesunął wychowanka North Carolina na pozycję rozgrywającego. Tak naprawdę zrobił to, bo Michael rozmawiał z nim kilka tygodni wcześniej żaląc się, że w ogóle nie otrzymuje pomocy. Pierwszy mecz tamtej serii to spotkanie z Seattle SuperSonics 25 marca 1989 roku. MJ zdobył 21 punktów, 12 zbiórek i 12 asyst.

Przerwa nastąpiła w przegranym starciu z Detroit Pistons 7 kwietnia. Jordanowi zabrakło trzech zbiórek, aby przedłużyć streak. Zdobył wówczas 40 punktów. Dwa dni później Byki grały z Atlantą Hawks. MJ wrócił na ścieżkę, którą chwilowo opuścił zdobywając 40 punktów, 10 zbiórek i 12 asyst. Kontrolował wówczas wszystko, co mógł kontrolować. Collins oddając mu miejsce pierwszego play-makera zgodził się na dominację Jordana. Problem polegał na tym, że Bulls przegrywali mecze. Mimo serii 10 na 11 meczów z triple-double, zespół był 5-6, więc wyczyn 26-latka potraktowano z dużą rezerwą.

MJ notował w tym okresie średnio 33,6 punktu, 10,8 zbiórki i 11,4 asysty. Statystyki są teraz bardzo popularną narracją w koszykówce. Porównujemy, zestawiamy, oceniamy, analizujemy i wyciągamy wnioski, które czasami traktujemy zbyt poważnie. Michał pisał o tej rewolucji w tekście na temat Basketball Prospectus. W całym sezonie 1988/1989 Jordan zanotował piętnaście triple-double, zatem tymczasowe przesunięcie go na pozycję rozgrywającego miało ogromny wpływ na funkcjonowanie zawodnika. To również pokazuje z jaką łatwością potrafił się dostosować do okoliczności.

Jordan mówił po wszystkim, że zgodził się na zmianę strategii, bo widział w tym sposób na wykorzystanie potencjału zarówno swojego, jak i swoich kolegów. W sezonie 1989/1990 lider Bulls wrócił na pozycję rzucjącego obrońcy, natomiast na jedynce minutami podzielili się John Paxson i pierwszoroczniak B.J. Armstrong.

– To było wyzwanie, a wyzwanie jest dokładnie tym, o co chodzi Jordanowi – mówił w trzeciej osobie. – Od pewnego czasu powtarzali mi, że Bulls są jednowymiarowi; że są zespołem Michaela Jordana. Nagle jednak okazuje się, że miałem rację. Moi koledzy zaczynają w siebie wierzyć, a dokładnie tego potrzebowaliśmy.

Wspominamy ten moment, bo Russell Westbrook jest na ścieżce historii i lada dzień dołączy do bardzo interesującego grona. Oklahoma City Thunder w poprzednim meczu pokonała New Orleans Pelicans i generalnie w ostatnim czasie cieszy się pasmem sukcesów, zatem nie możemy zarzucić Westbrookowi nabijania czegokolwiek kosztem drużyny. Jego grawitacja sprawia, że asysty są naturalną konsekwencją otwierających się pozycji, natomiast zbiórki to efekt przede wszystkim ogromnej siły, jaką Russ pozostawia na parkiecie każdej kolejnej nocy. Każdy sezon ma swoją serię, West postanowił uraczyć nas tym, z czym czuje się najlepiej.

fot. Focus On Sport/Getty Images
Michał Kajzerek
@mkajzerek