Pięć meczów, cztery porażki. Trudno powiedzieć, który mankament naszej reprezentacji najbardziej wpłynął na to, że Polacy po fazie grupowej pakują walizki i wracają do kraju. Brak drugiego rozgrywającego? Błędy w kryciu obwodowych rywali? Brak zimnej krwi w końcówce? Kadra ma wiele do nadrobienia. Póki co, pozostajemy daleko w tyle za europejską czołówką.

 

Być może to nasza wina, że od reprezentacji Polski po raz kolejny oczekiwaliśmy cudów, podczas gdy mamy drużynę co najwyżej na trzecią dziesiątkę w Europie. Trudno pogodzić się jednak z tak dotkliwą porażką, kiedy przypomnimy sobie jak przebiegały trzy ostatnie mecze Polaków na Eurobaskecie. Za każdym razem wydawało się, że bliżej zwycięstwa być się nie da. I za każdym razem czwarta kwarta brutalnie weryfikowała nasze oczekiwania.

Wczoraj Polacy przystępowali do ostatnich 10 minut meczu z Grecją z 3-punktową stratą, robiąc (przynajmniej z perspektywy polskiego kibica) nieco lepsze wrażenie niż Grecy. Ci, choć dysponują dużo bardziej doświadczonym i personalnie lepszym składem, na tym turnieju sprawiali wrażenie zbitki kilku znanych w Europie nazwisk. Z drużynowym graniem było u nich marnie, aż do momentu, gdy zaczęli seryjnie trafiać z dystansu i zauważyli, że Polacy nie mają na to żadnej odpowiedzi.

Najlepszy mecz turnieju rozegrał Damian Kulig, ale pewności siebie starczyło mu na 3,5 kwarty. Reszcie Polaków nie można odmówić tego, że próbowali zmienić losy spotkania. Ale nawet, gdy z rzadka trafialiśmy w czwartej kwarcie, Grekom zajmowało zazwyczaj kilka sekund wprowadzenie piłki pod nasz kosz, lub trafienie z dystansu i ponowne zwiększenie przewagi. Tu pojawił się kolejny problem, z którym polscy koszykarze borykali się w niemal każdym poprzednim meczu. Kiedy jeden z graczy rywali był on fire, właściwie robił z naszymi obrońcami co chciał.

Takie momenty miał Goran Dragic, mecz na swoich zasadach potrafił rozegrać przeciwko nam także Lauri Markkanen. W czwartej kwarcie meczu z Francją praktycznie oddaliśmy pole trzech sekund Kevinowi Seraphinowi, a z półdystansu masakrował nas Heurtel. Wczoraj tak samo było z Calathesem i Sloukasem. Łatwo mądrować się po fakcie, ale trudno zrozumieć mi decyzję Mike’a Taylora o trzymaniu na ławce przez niemal cały mecz Tomasza Gielo. Przez cały turniej Tomek grał bardzo solidnie i wywiązywał się ze swoich obowiązków – niczego więcej kadra od niego nie potrzebowała.

Zwycięstwo z Grecją byłoby tylko przedłużeniem Eurobasketu o jedno spotkanie. Z Litwinami, którzy pod koszem mogą postraszyć Jonasem Valanciunasem, a ich kadra jest dużo mocniejsza od naszej, raczej nie mielibyśmy szans grać jak równy z równym nawet przez 3 kwarty. Czy jednak awans do 1/8 finału kibice odebraliby jako sukces? Wyjście z grupy było planem minimum. Pewnie najmniej wybrednym fanom by wystarczyło. Według mnie awans nie zmieniłby w naszej sytuacji zbyt wiele:

Pewnie, że fajnie byłoby wygrać z Grekami i awansować do 1/8. Ale ta kadra nie jest jeszcze gotowa na sukcesy. Choć nie jest najmłodsza, naszym zawodnikom brakuje doświadczenia na tych największych, najważniejszych parkietach. NBA, czy Euroliga to od kilku lat rozgrywki, w których oprócz Marcina Gortata na próżno szukać jakiegoś polskiego nazwiska. W Karnowskim, Ponitce, Gielo, czyli graczom z rocznika 93, drzemie ogromny potencjał (nie ujmując reszcie graczy).

Znów zataczamy więc koło i powracamy do nadziei na lepszą przyszłość. PZ Kosz już przed turniejem podjął decyzję i przedłużył kontrakt z Mike’m Taylorem. Być może w ciągu kolejnych lat i spotkań o stawkę (przed nami eliminacje do MŚ) nasza kadra urośnie w siłę. Taki kierunek obrał nasz związek. Czy słuszny? Czas pokaże.

Grzegorz Kordylas
fot. twitter.com/koszkadra
Czytaj także: Słowenia bez porażki awansuje do 1/8!