Termin „wolny agent” to jeden z najczęściej spotykanych zwrotów we wszystkich newsach dotyczących plotek transferowych w NBA, ale czy kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd w ogóle wzięła się ta nietypowa nazwa i co właściwie oznacza?

Biznesowa terminologia

Większość naszych czytelników z pewnością wielokrotnie spotkała się z pojęciem „wolny agent”. Fani NBA traktują je jako coś normalnego, ale na początku naszej przygody z najlepszą ligą świata słowo „agent” pewnie nieraz przykuwało Waszą uwagę, a może nawet dziwiło.

Specyfiką amerykańskiego sportu jest nie tylko pełen profesjonalizm w organizacji i najwyższej próby spektakle sportowe, ale stricte biznesowy żargon towarzyszący wszelkim kwestiom umownym i kontraktowym.

Dokładnie tak samo jest z „wolnym agentem”. W związku z moim zainteresowaniem kwestiami prawno-językowymi zacząłem jednak drążyć temat i chciałem na nie rzucić nieco inne światło. Umieścić je w bardziej nam znanym kontekście europejskim i nieśmiało zaproponować alternatywne tłumaczenie.

Źródło: latimes.com

fot.: Matt Wilhalme

„Agent”, „podmiot”, a może po prostu „wolny strzelec”?

O ile mi wiadomo, polska społeczność koszykarska nigdy nie podejmowała próby przetłumaczenia słowa „agent”, tak aby bardziej odpowiadało jego oryginalnemu znaczeniu. W chwili obecnej, w mojej opinii, jest ono bowiem „fałszywym przyjacielem”.

„Fałszywy przyjaciel” to termin obcojęzyczny, który co prawda ma identyczny zapis, ale oznacza coś innego, niż w języku macierzystym. Agent w języku polskim kojarzy się raczej z Jamesem Bondem i 007, aniżeli z JR Smithem. W najlepszym razie „agent” to według nas człowiek, który reprezentuje czyjeś interesy.

Jak więc tłumaczyć termin „free agent”? Całkiem poprawny wydaje się „wolny podmiot” (jako „podmiot rynku transferowego”), ale najbardziej trafną frazą z własnego podwórka wydaje się być „wolny strzelec”.

W domyśle oznacza to kogoś, kto sam decyduje o swoim losie w danej branży – nie jest związany żadnymi zobowiązaniami umownymi; nie jest nigdzie zatrudniony. „Wolny strzelec” sam jest swoim animatorem – może decydować z kim się zwiążę, a kim nie.

Jeszcze prościej będzie zrozumieć pojęcie „wolnego strzelca” na rynku transferowym, jeżeli spojrzymy na jego przeciwieństwo. Zawodnicy znajdujący się na liście płac konkretnego klubu są określani jako „under contract”, a więc będący „pod umową”.

Innymi słowy, są oni związani na dłuższy czas z konkretnym zespołem. Nie mogą w dowolnej chwili zmienić zdania i przenieść się do Los Angeles. W pewnym sensie są „najemnikami”. „Wolny strzelec” z kolei sam podejmuje decyzję, dla kogo zagra w następnym meczu.

Status graczy „under contract” przypomina nieco pozycję „zatrudnionego” w polskim prawie pracy. Gdybyśmy chcieli poszukać analogii za wszelką cenę, to przeciwieństwem „zatrudnionego” jest „bezrobotny”, co brzmi absurdalnie… Czy aby na pewno?

Czy „wolny strzelec” jest bezrobotny?

W gruncie rzeczy, patrząc z perspektywy prawnej, „wolny strzelec” (czyli „free agent”), 1 lipca każdego roku staje się…bezrobotny. Ujmując to nieco inaczej – nie obowiązuje go umowa z żadnym klubem, tak więc technicznie nie jest zawodnikiem NBA.

To wcale nie jest tak absurdalne, jak mogłoby się wydawać. Śledząc transferową gorączkę skupiamy się głównie na najbardziej „łakomych kąskach”. Rzadko dostrzegamy „drugą stronę medalu”, czyli zawodników przeciętnych – drugi garnitur NBA. Oni nie tyle przebierają w ofertach, co walczą o jakikolwiek sensowny kontrakt w tej lidze.

Niektórzy mają tego pecha i przechodzą niezauważeni, ostatecznie nie uzyskując żadnego kontraktu. I tak, każdego roku, z ligi ubywa pula zawodników, których w pewnym sensie „rekompensują” debiutanci.

Ci zawodnicy, którym się nie poszczęściło, z perspektywy „rynku” graczy NBA faktycznie stają się „bezrobotni”. Dlatego będę upierał się przy swojej próbie postawienia ich w opozycji do „wolnych strzelców”, zamiast do „wolnych agentów 007” 🙂

Zastrzeżeni czy nie?

Oczywiście, mamy kilka rodzajów „wolnych strzelców”. Przede wszystkim rzuca się w oczy podział na „zastrzeżonych” i „niezastrzeżonych wolnych strzelców”.

Nie chciałbym jednak komplikować zanadto sprawy – w kolejnych odsłonach cyklu „Koszykarskie paragrafy” na pewno powrócimy do tematyki „wolnych strzelców” i zbadamy ją bardziej gruntownie.

Póki co, zachęcamy do zapoznania się również z tekstem o Konstytucji NBA.

Bartłomiej Berbeć
@bartekberbec