W środku trudnego i przepełnionego huśtawką nastrojów sezonu, Lakers skompletowali swoją najdłuższą serię zwycięstw. Dziś po raz pierwszy od 2013 roku wygrali także u siebie z San Antonio Spurs. Sporo powodów do radości dla drużyny, która na przełomie roku przegrała 9 razy z rzędu.

 

San Antonio Spurs – Los Angeles Lakers 81:93

Los Angeles Lakers przechodzą przez kolejny rok przebudowy, z nadziejami na lepsze jutro. Kibice w Staples Center nie mają może zbyt wielu powodów do radości, za to powody do optymizmu – jak najbardziej. Aby dziś myśleć o trzecim zwycięstwie z rzędu, Lakers musieli na 48 minut zatrzymać San Antonio Spurs, którzy, nawet bez Kawhi Leonarda, nadal są tymi samymi Spurs, którzy od 20 lat wygrywają większość swoich meczów.

Gregg Popovich nie mógł skorzystać także z Tonego Parkera, Rudy’ego Gay’a, czy Danny Greena. Mimo tego, gdy 19-punktowa przewaga Lakers rozpłynęła się w powietrzu, wydawało się, że Spurs mają rywali w garści, a Luke Walton będzie musiał pogodzić się z kolejną porażką.

Nie tym razem.

Gdy już wygrywają, robią to w pięknym stylu. Wytrzymanie presji przeciwko takiej drużynie jak San Antonio i powrót do gry mimo utraty dużej przewagi był dla młodej drużyny Lakers ważnym testem, który, na przekór oczekiwaniom, zdali niemal celująco. Druga sprawa, że w ciągu 48 minut wielokrotnie dali swoim rywalom odrobić straty. Powolne tempo tego meczu i słaba skuteczność Spurs, połączona ze sprytem gospodarzy w defensywie przyniosły jednak efekty w postaci zaledwie 81 punktów podopiecznych Popovicha, który tak podsumował występ swojej drużyny:

Nasza gra wyglądała żałośnie i dużo w tym zasługi naszych rywali. Lakers grali fizycznie, dużo bardziej niż my. Ich pragnienie zwycięstwa było na zupełnie innym poziomie niż nasze. Po prostu – zaangażowanie i wola walki. Myślę, że my pod tym względem byliśmy żałośni.

Trener Spurs nie chciał tłumaczyć się brakami w składzie, a nie ma co ukrywać, że w obliczu słabej skuteczności LaMarcusa Aldridge’a (6/15, 20 pkt) w zespole gości brakowało dziś kogoś, kto byłby w stanie sam pociągnąć ofensywę. Spurs często padali ofiarami własnej niemocy strzeleckiej, którą z powodzeniem wykorzystywali Lonzo Ball i spółka. Na przełomie pierwszej i drugiej kwarty, Lakers przeprowadzili run 25-3, który dał im prowadzenie 37:18.

Ball nie spudłował w pierwszej połowie żadnego rzutu, a spotkanie zakończył z 18 punktami i 10 zbiórkami. 26 oczek dorzucił Brandon Ingram, któremu bez wątpienia gra z Lonzo u boku bardzo pasuje.

Przed graczami z LA szansa na wydłużenie serii zwycięstw do czterech – już dziś w nocy zagrają na wyjeździe z Mavericks.

Grzegorz Kordylas
fot. NBA
Czytaj także: Wyniki głosowania na All-Star 2018!