W takiej formie James Harden będzie faworytem walki o nagrodę dla MVP sezonu regularnego. Houston Rockets wygrali dziewięć meczów z rzędu, a ich lider w końcu przekłada swoją grę na to, co w koszykówce liczy się najbardziej.

 

W poprzednich sezonach James Harden miał wiele znakomitych serii, które nic nie znaczyły. Houston Rockets bardziej od jego indywidualnych rekordów potrzebowali zwycięstw. Poprzednie rozgrywki był swego rodzaju wake-up call. Zespół co prawda awansował do fazy rozgrywek posezonowych, ale po pięciu meczach z Golden State Warriors przygoda dobiegła końca. Przerwa przyniosła zmiany. Mike D’Antoni postanowił być największym sojusznikiem Hardena, obudowując go systemem, który miał pomóc zawodnikowi spełnić się w zupełnie nowej roli. Czy zawodnik faktycznie stał się rozgrywającym?

D’Antoni wiedział jak Hardenowi uprościć zadanie. Przez sam fakt, że James ściąga na siebie uwagę obrońców, otwiera się wiele pozycji, które zawodnik może obsłużyć. Bardziej od rozgrywania chodzi o wykorzystanie możliwości. Hardenowi wystarczy w odpowiednim czasie wykorzystać oplatającą się wokół niego defensywę i rozrzucić piłkę do kolegów, którzy będą wiedzieli czy rzucić, czy zaatakować obręcz. Poprzedniej nocy Rockets rozbili New Orleans Pelicans 122:100, trafiając przy okazji 24 rzuty za trzy, co jest nowym rekordem ligi. Harden skończył ten mecz z triple-double – 29 punktów (7/15 FG, 6/12 3PT, 9/11 FT), 13 asyst oraz 11 zbiórek.

Na końcu podań Hardena znajdowali się głównie Trevor Ariza – 5/14 3PT oraz znakomity w trykocie Rockets Eric Gordon – 7/12 3PT. Poza swoim naturalnym rytmem był Ryan Anderson, który trafił tylko 2/8 3PT. To ta trójka graczy korzysta z obecności Jamesa najbardziej. Ustawieni w rogach i na skrzydłach są w każdym momencie posiadania gotowi do egzekucji. Cały zespół nabrał w tej grze wiele powtarzalności. Rockets pod D’Antonim zyskali pewien automatyzm i w dużej mierze wynika to z bardzo prostych zasad gry. Zespół żyje z szybkiej koszykówki polegającej na szukaniu podania do lepiej ustawionego kolegi.

fot. Scott Halleran
Michał Kajzerek
@mkajzerek