Ciągle czekamy na gracza, który jako kolejny zapisze się na bardzo krótkiej liście zawodników z quadruple-double. James Harden wczorajszej nocy do swojego triple-double dołożył także 10 strat. Jego Rockets pokonali na wyjeździe Raptors w drodze po ósmą wygraną z rzędu.

 

Niewiele więcej możemy o Jamesie Hardenie napisać. Jednak nowa rola lidera Houston Rockets wymaga od niego nieco więcej precyzji. Czasami objawia się to w trafionych rzutach, czasami rozdanych asystach, czasami w ograniczeniu liczby strat. NBA oczywiście nie bierze pod uwagę tak złożonego quadruple-double, ale zawodnik Rakiet poprzednią noc skończył z czterema dwucyfrowymi statystykami. Do swoich 40 punktów (13/26 FG, 4/9 3PT, 10/10 FT), 10 zbiórek i 11 asyst, dołożył także 10 strat. Nie jest rasowym generałem, który z dużą pieczołowitością dobiera kąt i linie, więc takie mecze były wpisane w przejście Hardena na pozycję numer jeden.

– Ciągle jest wiele miejsca do poprawy – mówił Harden. – Minęła prawie połowa sezonu, a my jesteśmy stosunkowo młodym zespołem. Cały czas rozwijam swoją grę i staram się ograniczać liczbę strat, gdy atakują mnie różnego rodzaju obrony. Mimo to mamy dobry rytm, wszyscy trafiają rzuty i są zadowoleni. […] Mam piłkę w ręce przez 90% czasu, więc takie rzeczy będą się zdarzały.

Mimo tych 10 strat (z wszystkich 15 drużyny – to liczba w normie), Harden był dla obrony Raptors absolutnie nie do okiełznania. To było dziesiąte triple-double gracza w bieżących rozgrywkach. Rockets wygrali po raz ósmy z rzędu i z bilansem 30 wygranych – 9 porażek zajmują bezpiecznie trzecie miejsce w tabeli zachodniej konferencji. Trójka Rockets, Spurs, Warriors odbiła się do reszty, bo następni są Los Angeles Clippers, którzy w ostatnich 10 meczach zrobili bilans 4-6, w tym sześć porażek z rzędu i ostatnio cztery wygrane. Dla zespołu z Teksasu sezon układa się znakomicie. Skutecznie wymazują z naszej pamięci to, co stało się w poprzedniej kampanii.

fot. Kelley L Cox
Michał Kajzerek
@mkajzerek