Kibice w Madison Square Garden pokazali klasę i przywitali Carmelo Anthonego z wszelkimi honorami. Nieco inaczej było na parkiecie, gdzie mimo braku Kristapsa Porzingisa Knicks pokonali Thunder. Koniec końców, Melo wyjeżdża z Nowego Jorku z mieszanymi uczuciami.

 

Ale najpierw wstęp:

Po obejrzeniu spotkania nasunęła mi się jedna myśl: w książce ,,Stan Futbolu”, Krzysztof Stanowski opowiada o atmosferze panującej na Camp Nou. Przez wielu kibiców piłkarskich przyzwyczajonych do opraw, rac i śpiewów przez 90 minut, atmosfera w Barcelonie postrzegana jest jako ,,piknikowa”. Tymczasem kibice przychodzący na ów stadion od lat po prostu przywykli do futbolu na najwyższym poziomie i potrafią cieszyć się nim, oklaskując najpiękniejsze zagrania. Choć w Madison Square Garden od dawna nie widziano już koszykówki na najwyższym poziomie, atmosfera tego miejsca wyróżnia się nieco na tle innych hal w USA – nie bez powodu zawodnicy tacy jak LeBron James, czy Kobe Bryant prawie zawsze podkreślali, jak bardzo lubią grać przed nowojorską publicznością.

Sprawdź produkty, które wybraliśmy dla Ciebie!

Po co ten wstęp? Trochę po to, by podkreślić nieco różnicę w przywitaniu Melo, a niedawnych gwizdach w stronę Paula George’a w Indianapolis. PG wprowadził Pacers do dwóch Finałów Konferencji, gdzie jak równy z równym walczyli z Miami Heat, jedną z najbardziej dominujących drużyn XXI wieku. Kiedy wrócił do gry po złamaniu nogi, na wspomnienie którego do dziś robi się niedobrze, zostawiał na parkiecie serce i był tym samym Paulem Georgem, którego znaliśmy wcześniej. Co otrzymał w zamian?

W Nowym Jorku nie było w latach Melo zbyt wielu powodów do radości. Było kilka udanych sezonów regularnych, po których zawsze przychodziło rozczarowanie w Play Offs. Z biegiem czasu robiło się jednak co raz gorzej i nawet Phil Jackson w roli prezydenta klubu i Kristaps Porzingis jako jego nowa nadzieja nie zdołali uratować tonącego statku. Wiadome było, że potrzebne są zmiany. Carmelo, który oprócz grania w kosza całkiem nieźle radzi sobie w biznesie, wraz z nowymi władzami podjął więc biznesową decyzję, która na dłuższą metę wyjdzie na dobre i jemu i klubowi. To, co zostawił jednak na parkiecie MSG, nie zostało mu zapomniane.

Nie było zwycięstw? Trudno. Były emocje i mecze, które do dziś możemy wspominać z uśmiechem, zwłaszcza w pierwszych latach po przyjściu Carmelo z Denver. Dziś widać, że w obliczu braku większych sukcesów, kibice w Nowym Jorku potrafią być wdzięczni za samo zaangażowanie. Sami wiedzą najlepiej, że są wizytówką Knicks, tak samo jak ich zawodnicy. Chyba o żadnej hali nie mówi się w kontekście kibiców tak często, jak o Madison Square Garden. I za to należy ich docenić. Oczywiście z biegiem spotkania pojawiało się też buczenie, za każdym razem, gdy Anthony był przy piłce. Jak skomentował to sam zainteresowany?

Gram teraz dla przeciwnej drużyny – to oczywiste, że podczas meczu nie będą mi kibicować.

Wracając do meczu – Carmelo wyszedł na parkiet naładowany i skupiony jak nigdy, punktując od pierwszych sekund spotkania. Wkrótce jednak jego i resztę ekipy Thunder dopadł kryzys. Zaledwie 24 godziny wcześniej skończyli mecz z trzema dogrywkami w Filadelfii. Westbrook, Anthony i George zagrali w nim w sumie 144 minuty, a jak wiadomo, organizmu nie da się oszukać.

Tym samym po pierwszej połowie, w której rzucił 12 punktów, Melo został zatrzymany w drugiej części meczu i nie trafił już ani jednego rzutu. Mimo braku Porzingisa, który zmaga się z urazem kolana, Knicks byli dobrze przygotowani do meczu i mieli broń w postaci Michaela Beasleya, który ma to do siebie, że raz na jakiś czas zdarzy mu się zagrać niemal perfekcyjny mecz w ataku, po którym uświadamiamy sobie, że ten koleś był kiedyś przecież drugim numerem Draftu. Beasley rzucił 30 punktów, a cała drużyna Knicks trafiała z 55% skutecznością.

Thunder znów spadli poniżej bilansu 0.500, a podopieczni Jeffa Hornacka mocno trzymają się w pierwszej ósemce Wschodu. Dziś wszyscy w NY mogą być zadowoleni – godnie przywitali Carmelo, a potem pokazali jego nowej drużynie miejsce w szeregu na parkiecie.

Grzegorz Kordylas
Czytaj także: Jubileuszowe triple-double LeBrona