Liga NBA jest w najlepszej kondycji od lat. Rekord goni rekord, a istna obsesja rzutów z dystansu przytłacza analityków statystycznych. Obrona? A kto by się nią przejmował, skoro za chwilę straty można odrobić kolejną trójką…

 

Rekordy NBA jak grzyby po deszczu

 

Na początek chciałem przypomnieć kilka wydarzeń na przestrzeni kilkunastu ostatnich miesięcy – niekoniecznie w porządku chronologicznym:

Zach Lavine pobił klubowy rekord celnych trójek w jednym miesiącu rozgrywek (dokładnie 49 w grudniu 2016’).

Mirza Teletović ustanowił rekord trójek trafionych w jednym sezonie przez gracza rezerwowego (165).

Stephen Curry odpalił 13 trójek w jednym meczu, a w poprzednim sezonie raz miał 12 trójek.

Deron Williams rzucił w barwach Brooklyn Nets 9 trójek do przerwy, co jest rekordem NBA. Siedem z nich wpadło w pierwszej kwarcie.

Splash Brothers” rok po roku biją własny rekord trafionych trójek jako duet, ale teraz Houston Rockets (James Harden i Eric Gordon) mogą im go odebrać.

Cleveland Cavaliers rzucili 25 trójek w fazie play-off 2016 przeciwko Atlanta Hawks – najwięcej w historii jako drużyna.

Klay Thompson zdobył 37 „oczek” w jednej kwarcie przeciwko Sacramento Kings, co jest rekordem NBA. Poprzedni wynosił „tylko” 33.  Większość z nich zdobył rzutami z dystansu.

Kevin Love z kolei „walnął” 34 punkty przeciwko Portland Trail Blazers w pierwszej kwarcie. Prawie same trójki:

Golden State Warriors grając ultraofensywnie pobili niedościgniony wydawać by się mogło rekord wygranych w jednym sezonie regularnym (bilans 73-9).

Houston Rockets oddali 61 rzutów trzypunktowych w meczu (i 31 w jednej jego połowie) w grudniu 2016’, co jest rekordem NBA.

Golden State Warriors kontra Houston Rockets – w tym spotkaniu padł rekord oddanych trójek łącznie przez obie ekipy – 88 próby zza łuku.

Nick Young pobił klubowy rekord Los Angeles Lakers trafionych trójek w serii 8 spotkań (39 trafień, czyli prawie 5 na mecz). Przypomnijmy, że w klubie z „Miasta Aniołów” grali wcześniej tacy specjaliści w tej dziedzinie jak Kobe Bryant czy Rick Fox.

Kyle Korver rzucił z dystansu celnie przynajmniej raz w 127 spotkaniach z rzędu jako gracz Atlanta Hawks.

8 różnych zawodników NBA po 2 miesiącach od startu obecnego sezonu ma już na koncie mecz z 50 „oczkami” na koncie, a Klay Thompson rzucił ich 60.

A teraz najlepsze:

W sezonie 2015/16 przeciętna ekipa NBA trafiła z dystansu 698 razy. Rok wcześniej było to już tylko 643 (przyrost o prawie 10% rok do roku).

Trend wzrostowy trwa jednak od dłuższego czasu –  wcześniej było to odpowiednio 635 (2013/14), 587 (2012/13), a w kampanii 2011/12 zaledwie 423.

W przeciągu 5 lat liczba celnych trójek WZROSŁA ZATEM NIEMAL O POŁOWĘ!!!

 

Diagnoza: ofensywna rewolucja

 

Nie da się ukryć – to absolutna rewolucja gry, wywrócenie proporcji do góry nogami.

Ten chaotyczny na pierwszy rzut oka zbiór informacji krystalizuje nam się jednak w przekonującą i twardą tezę – NBA przeżywa prawdziwą punktową ekspansję; ofensywy renesans bez precedensu we wcześniejszej historii koszykówki. To jak narodziny myśli humanistycznej po 10 mrocznych wiekach średniowiecza.

Minnesota Timberwolves może nie są najbardziej utytułowaną organizacją w NBA, ale w jej szeregach grali przecież tacy strzelcy wyborowi jak Wally Szczerbiak, Sam Cassell czy Anthony Peeler. Golden State Warriors z kolei to prawdziwa maszynka do bicia rekordów, ale wygląda na to, że Houston Rockets powoli wchodzą na jeszcze wyższy poziom, co wydawało się rok temu wręcz nie do pomyślenia.

Zza łuku coraz częściej rzucają też czołowi „wysocy” – wystarczy spojrzeć na grę Kristapsa Poriznigisa, DeMarcusa Cousinsa, Joela Embiida czy Anthony Davisa.

Do niedawna środkowi w NBA byli w dużej mierze atletami bez wielkich umiejętności rzutowych. Wtedy NBA krytykowano, że jest „w tyle” za Europą pod względem wyszkolenia technicznego. Na Starym Kontynencie nawet wysocy obowiązkowo rzucają z dystansu; osiłki zza oceanu zaś skupiali się głównie na przepychankach pod obręczą i wsadach.

Od dawna można usłyszeć również głosy krytyczne na temat ofensywnej rewolucji na parkietach NBA. Mówi się, że obecna koszykówka „to nie to samo co kiedyś”, głównie ze względu na lekceważenie gry w obronie i większą ochronę zawodników atakujących przez sędziów (bardziej restrykcyjne przepisy odnośnie fauli).

Innymi słowy, obecny basket jest bardziej soft w porównaniu z tym z gorących lat 80’ i 90’, kiedy na parkietach szaleli Bill Laimbeer, Larry Bird czy Dennis Rodman.

Czy istnieją granice tego szaleństwa?

 

Czy rzeczywiście uważacie, że obecna NBA zabrnęła za daleko w emfazie na grę w ataku? Czy Waszym zdaniem drużyny zbyt często rzucają za 3, ignorując pozostałe elementy gry? Wreszcie która era jest Waszym zdaniem LEPSZA – „poprzednia” czy „obecna”? Czekamy na Wasze opinie!

Chcecie znać moje zdanie?

Uwielbiam obecną NBA i jej styl.

W końcowym rozrachunku (na koniec dnia) mecz koszykówki wygrywa ten, który rzuci więcej punktów. Bloki nie wygrają meczu, jeżeli nie przełożą się na większy stosunek punktów od rywala z drugiej strony parkietu. Nie widzę zatem nic zdrożnego w tym, że zawodnicy NBA szczególny nacisk kładą akurat na ten radosny aspekt gry.

Lubię, kiedy czołowe ekipy łapią wiatr w żagle i hurtowo trafiają z dystansu pogrążając rywali. Dla takich momentów oglądamy basket i uważam, że serie trójek to przejaw piękna tej gry, jej ducha. Dlatego zacieram ręce z myślą o kolejnych rekordach punktowych w przeszłości.

Jakie są bariery możliwości człowieka? 100 punktów w meczu? Końcowy wynik wyższy niż 186:184? 15 trafionych trójek? Dzięki obecnej modzie nasza wyobraźnia idzie właśnie w tym kierunku.

Denerwuje mnie jedynie zbyt częste oddawanie trójek w kontrze i fakt, że posiadania trwają po kilka sekund. Czasem lekceważy się straty, a gra przenosi się z jednej strony boiska na drugą jak na meczu w szkole podstawowej albo jednostce wojskowej.

No ale wszystko ma swoje plusy i minusy, coś za coś…  🙂

Bartłomiej Berbeć
@bartekberbec