Wiosnę w wykonaniu Golden State Warriors podzielić możemy na dwie części. W pierwszej, byli drużyną Kevina Duranta, który przeprowadził ich przez pierwszą rundę (35pkt na mecz) i dyktował tempo w serii z Houston Rockets (27pkt na mecz). Kiedy go zabrakło, wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie – czy Warriors bez Duranta to nadal kandydat do mistrzostwa? Tu zaczyna się druga część wiosennej opowieści.

 

2002 rok. Wtedy to po raz ostatni widzieliśmy 3-peat – trzy mistrzostwa z rzędu w wykonaniu jednego zespołu. Los Angeles Lakers Phila Jacksona zdominowali NBA, a przeszkodą w kolejnych sukcesach okazały się konflikty wewnętrzne i ego zawodników. Dopiero Miami Heat w 2013 roku, jako kolejnej drużynie, udało się wygrać dwa mistrzostwa z rzędu. O trzecim nie było mowy – Spurs pokonali ich w pięciu meczach i przyczynili się do rozpadu Wielkiej Trójki w South Beach.

Oglądając Golden State Warriors mamy jednak wrażenie, że żadna z powyższych drużyn nie byłaby w stanie stawić im czoła. Są zbyt szybcy. Zbyt sprytni. Zbyt zorganizowani. I w ciągu kilku następnych tygodni mają okazję powtórzyć wyczyn Lakers sprzed 17 lat.

Przed nimi 9 dni odpoczynku. Na taktyczne przygotowania do Finałów muszą jeszcze poczekać. Nikt nie jest w stanie przewidzieć co wydarzy się na Wschodzie i do ilu spotkań doprowadzą zawodnicy Raptors i Bucks. Blazers, którzy wydawali się w tym roku godnym przeciwnikiem, w trzech meczach z rzędu zmarnowali 17-punktową przewagę. Nie mogli przebić się przez defensywę Warriors w końcówce żadnego z czterech spotkań. Nie mieli też odpowiedzi na dwójkę Curry-Green.

To oni załatwili Warriors wczesny bilet do Finałów. Kiedy w Game 5 Półfinałów Konferencji Kevin Durant opuszczał parkiet z kontuzją, wielu zakładało, że Dubs nie wygrają bez niego nawet jednego spotkania. Stephen Curry rzucał w tamtym momencie na nieco ponad 25% skuteczności z dystansu. Kto by pomyślał, że w pięciu kolejnych meczach ani razu nie zejdzie poniżej 33 punktów.

Curry stał się liderem z prawdziwego zdarzenia. Do pomocy miał Draymonda Greena – serce zespołu, który gra prawdopodobnie najlepszą koszykówkę w swoim życiu. Miał młodych role players w postaci Kevona Looney’a i Alfonzo McKinnie, którzy pokazali innym zadaniowcom w lidze, jak ważna może być ich rola w zespole. Miał też całą resztę – zawodników, z którymi zdobył już trzy mistrzostwa i na których nieraz mógł liczyć. Z tą różnicą, że pod nieobecność Kevina Duranta każdy z nich w najważniejszych momentach liczył głównie na niego.

I tak oto razem ze starym Stephem wrócili starzy Golden State Warriors. Oczywiście mówiąc ,,stary Steph” nie można zapominać, że w tym sezonie rzucał 27 punktów na mecz (drugi wynik w karierze) i w gruncie rzeczy przez cały sezon pozostawał jednym z najlepszych zawodników w lidze. Od Game 6 przeciwko Houston Curry to jednak inna historia. Nie jeden z kilku, a ten, który robi różnicę na wagę mistrzostwa NBA.

W drugiej połowie i w dogrywce dzisiejszego meczu Steph ani na chwilę nie usiadł na ławce. Choć jego strzeleckie popisy z pierwszej połowy już nie wróciły, a w jednej z najważniejszych akcji meczu mimo trafionego rzutu zrobił kroki, jego wkład w zwycięstwo wykraczał daleko poza trafianie rzutów. Każdemu młodemu rozgrywającemu aspirującemu do bycia liderem swojego zespołu powinno puszczać się nagranie z ostatnich 29 minut meczu numer 4.

Steph nie odpuszczał na tablicach (8,3 zbiórki na mecz w tej serii), ściągał na siebie obrońców, rozprowadzał piłkę, a kiedy przyszedł czas, wykonał najważniejsze podanie tego wieczoru.

Pick&Roll Curry’ego i Greena znów stał się najbardziej zabójczym zagraniem w lidze. Zamiast izolacji, które Warriors grają często kiedy KD jest na parkiecie, widzieliśmy w tej serii mnóstwo ruchu piłki i polotu, którego na próżno szukać u pozostałych 29 drużyn. Choć przewaga Blazers w każdym z trzech ostatnich spotkań sięgała minimum 17 punktów, ani przez moment w poczynaniach Dubs nie widać było paniki i stresu. Steve Kerr i jego podopieczni mieli wszystko pod kontrolą, czekając tylko na idealny moment do ataku.

Durant wróci na Finały i znów będzie rozdawał karty – co do tego nie mamy wątpliwości. Jeśli patrzymy jednak w perspektywie przyszłości i możliwego odejścia KD do innego zespołu – kibice Warriors mogą być spokojni. Curry i spółka nadal mają to coś, co kilka lat temu zrewolucjonizowało ligę. Reszta zespołów po prostu dopasowuje się do ich zasad.

Grzegorz Kordylas
fot. Ted S. Warren/Associated Press
Czytaj także: Green: Więcej narzekałem niż grałem