Czas mija zbyt szybko – z tym zgodzi się chyba każdy. Dla fana NBA oznacza to tyle, że w trakcie sezonu regularnego dzieje się zbyt wiele, by każdy moment rozpamiętywać w nieskończoność. Dziś przypominamy Wam pięć wyjątkowych występów z minionych rozgrywek, o których będziemy mogli opowiadać swoim dzieciom.

No wiecie, spotykacie starszego fana koszykówki, który opowiada Wam o tym, co robił w dniu kiedy Kobe rzucił 81 punktów, lub wtedy, gdy 40-letni Michael Jordan rzucił biednym Pacers 41 punktów (tak, jeśli to pamiętasz, to znaczy, że należysz już do grona ,,starszych fanów”). Myślisz sobie, cholera, za kilka lat chciałbym móc opowiedzieć o tym, jak zarwałem nockę/poranek dla meczu, o którym przyszłe pokolenia będą chciały słuchać.

No to przybywamy z pomocą i przypominamy pięć występów, które zasługują na własny pomnik w naszej pamięci.

Tuż poza listą:
James Harden vs Miami (58pkt/10as/7zb)
Kemba Walker vs 76ers (60pkt/7zb/4as/5stl)
Giannis vs 76ers (52pkt/15zb/7as)
Paul George vs Blazers (47pkt/12zb/10as)
Anthony Davis vs Nets (34pkt/26zb/3blk)

5. Derrick Rose vs Utah (50pkt/6as/4zb)

Jeśli jesteś fanem Derricka Rose’a, w Twoim pokoju musi znaleźć się zdjęcie przelatującego obok niego Rudy’ego Goberta, który dał się nabrać na zwód w końcówce meczu z Utah. To była kwintesencja gry Derricka w tym meczu. Był o krok przed wszystkimi – mentalnie i fizycznie. Większość punktów w czwartej kwarcie zdobył, kiedy Timberwolves gonili wynik. Zapomnijcie o 50 punktach rzuconych w blowoucie – Rose uratował ekipę z Minnesoty w tym meczu i dosłownie wyrwał zwycięstwo z rąk świetnie dysponowanej ekipy Quina Snydera. Był to występ idealny, nie ważne z której strony na niego nie spojrzymy:
– Wygrany w samej końcówce, głównie dzięki punktom Rose’a
– Rekord punktowy w jego karierze
– Powrót do lat sprzed kontuzji, kiedy nie było w lidze obrońcy potrafiącego go zatrzymać.

Koniec końców występ Rose’a wybrany został w trakcie NBA Awards na ,,Moment roku”. Domyślamy się, że dla fanów byłego MVP był to raczej ,,Moment życia”.

4. Russell Wesbtrook vs Lakers (20pkt/21as/20zb)

Okej okej. Mecz, w którym Russ trafił tylko 8 z 23 rzutów, przeciwko słabym Lakers, którzy stracili już nadzieje na play offs. Mecz był już dawno rozstrzygnięty, kiedy na minutę przed końcem Billy Donovan wezwał Westbrooka na ławkę. Ten nie miał zamiaru schodzić z parkietu. Chwilę później zebrał dwie piłki, dzięki którym dołączył do wyjątkowego towarzystwa. Jak wyjątkowego? Tylko jednemu zawodnikowi w historii udało się uzbierać trzy dwudziestki w jednym meczu i był to oczywiście Wilt Chamberlain. Złośliwi powiedzą – równie łasy na statystyki gość, na dodatek z etykietą przegranego. Mówcie co chcecie – jeśli ktoś notuje 20/20/20, musicie w przyszłości opowiedzieć o tym meczu komuś, kto dopiero zaczyna przygodę z NBA.

+ powód sentymentalny – po meczu Russ zadedykował ten występ Nipsey’owi Hussle, który dwa dni wcześniej został zamordowany.

3. Nikola Jokic vs Suns (35pkt/11zb/11as)

Coś podobnego. Trzeci numer na naszej liście wydarzył się ledwo po rozpoczęciu sezonu regularnego. Phoenix Suns dopiero co motywowali się przed sezonem z nadzieją na wyjście z marazmu, a już znaleźli się na nagłówkach, po niewłaściwej stronie historii.

Pewnie myślicie sobie, że 35/11/11 to nic wielkiego. James Harden byłby w stanie wykręcić te cyfry w 3 kwarty, grając jedną ręką. Na uwagę zasługuje jednak jeszcze jeden fakt. Jokic zdobył 35 punktów trafiając wszystkie 11 rzutów z gry. Pomylił się tylko raz, na linii osobistych, skąd trafił 10 z 11.

Pewnie zdążyliście już zauważyć, że Jokic to nie typowy center, który trafia wszystko, bo nie rusza się spod kosza. Zamiast tego od początku meczu z Suns gnębił bogu ducha winnego DeAndre Aytona, trafiając nad nim rzuty hakiem, wychodził po zasłonach i trafiał za trzy, lub trafiał z półdystansu nad długimi rękoma Tysona Chandlera. Jokic to najprawdopodobniej najbardziej wszechstronny zawodnik w lidze, a spotkanie z 21 października okazało się tylko wstępem do fenomenalnego sezonu Serba. Też macie go wśród faworytów do przyszłorocznej nagrody MVP?

2. Klay Thompson vs Bulls (52pkt, 14/24 za trzy)

W ostatnich latach nie ma w NBA nic bardziej pewnego niż to, że w pewnym momencie sezonu Klay Thompson po prostu wyjdzie na parkiet i dokona czegoś, co nigdy wcześniej nie miało prawa bytu. Tak było kiedy rzucił 37 punktów w jednej kwarcie (za każdym razem kiedy o tym piszę muszę sprawdzić, czy faktycznie to zrobił), lub 60 oczek w 29 minut, w międzyczasie tylko 11 razy odbijając piłkę o parkiet.

No to czekaliśmy co wymyśli tym razem i już ósmym meczu sezonu regularnego się doczekaliśmy.

27 minut na parkiecie. 14 trafionych trójek. 52 punkty. Warriors już na początku drugiej połowy prowadzili 40 punktami. Mecz bez historii. Pewnie gdyby był bardziej wyrównany, zachwycalibyśmy się nim tak, jak swego czasu występem w Game 6 przeciwko Thunder. Ale to nadal mecz NBA, niecałe pół godziny na parkiecie i produktywność, której nie ma żaden inny zawodnik w lidze.

1. James Harden vs Warriors (44pkt/15as/10zb)

Tylko taka wzmianka – w 20 najlepszych występach minionego sezonu we pod względem PER, James Harden pojawia się 8 razy. Rzucił 61 punktów w Nowym Jorku. 58 przeciwko Miami. 57 w Memphis. 54 w Waszyngtonie. 61 przeciwko San Antonio…Nie boli Was głowa?

Żaden z tych występów nie był według nas bardziej wartościowy niż mecz przeciwko Golden State. Po drugiej stronie – Durant, Curry i Thompson, którzy rzucili tego wieczoru w sumie 87 punktów. Publiczność, która od lat napawa się wyższością Warriors nad resztą ligi.

50 sekund do końca – Warriors prowadzą 3 punktami, Harden wyprowadza piłkę z własnej połowy. Na obwodzie czeka na niego Durant. Bang. 3 punkty – mamy dogrywkę.

Początek dogrywki, Iggy kryje Hardena. Bang. 3-punktowe prowadzenie Rockets.

5 sekund do końca dogrywki. Warriors prowadzą 2 punktami. Myślimy sobie – idealny scenariusz dla Hardena, ale to byłoby zbyt piękne. Bang. Nad Thompsonem i Draymondem Greenem. W najważniejszych momentach spotkania, Harden trafił trójkę nad każdym z czterech najlepszych obrońców Warriors. To się nazywa clutch.

Pewnie zamieniłby ten występ na dwa zwycięstwa więcej przeciwko Warriors w play offach. Tak się jednak nie stało. Na otarcie łez otrzymuje od nas nagrodę ,,Występu o którym możemy opowiadać przyszłym pokoleniom”. Zawsze coś.

Grzegorz Kordylas
fot. Jose Carlos Fajardo
Czytaj także: Co dalej z Lakers?