Washington Wizards i Houston Rockets musieli się przed meczem dogadać, że obronę potraktują fakultatywnie. To było istne szaleństwo i prawdziwa strzelanina. Popis skuteczności strzeleckiej za trzy i brak jakiejkolwiek chęci po stronie obrony.

Niektórzy stwierdzą, że to fantastyczne widowisko, inni z kolei będą kręcić nosem wskazując na lekceważące podejście obu ekip do konceptu obrony. Gdy Washington Wizards i Houston Rockets wyczuli się na początku tego starcia, postanowili, że pójdą za ciosem i dadzą kibicom widowisko, jakiego NBA nie widziało od lat. Wynik 159:158 dla Houston Rockets bez dogrywki jest wręcz absurdalny. Wszystko sprowadziło się do obecności na linii – będącego w niesamowitym gazie – Jamesa Hardena. Ten na 2,4 sekundy przed końcem trafił dwa rzuty wolne dając swojej drużynie prowadzenie. Goście z DC zebrali piłkę po drugim pudle Hardena i nie mieli już czasu na wyprowadzenie rzutu.

Kibice przecierali oczy ze zdumienia. Przyszli na mecz sezonu regularnego, a dostali wynik wyciągnięty prosto z kolejnego Meczu Gwiazd. Obrona Wizards w gruncie rzeczy była sparaliżowana wobec poczynań Jamesa Hardena. Ten zanotował na swoje konto jeden z najlepszych indywidualnych występów w karierze kończąc zawody z dorobkiem 59 punktów (18/32 FG, 6/14 3PT, 17/18 FT), 3 zbiórek i 9 asyst. Na dominację lidera Rockets próbował odpowiedzieć Bradley Beal. Zawodnik Wizards poczuł, że Harden rzuca mu wyzwanie i zanotował 46 oczek (14/20 FG, 7/12 3PT, 11/12 FT), 6 zbiórek, 8 asyst i 3 przechwyty. Russell Westbrook z kolei skończył z drugim triple-double w sezonie. Takich meczów ze strony Rockets możemy spodziewać się w tym sezonie więcej.

Zobacz także: Koniec sezonu Warriors?
fot. Troy Taormina-USA TODAY Sports
Michał Kajzerek
@mkajzerek