Kiedy Masai Ujiri rozłączył DeMara DeRozana i Kyle’a Lowry’ego – duet, który przez ostatnie lata był symbolem klubu, trudno było nie wyczuć niezadowolenia wśród fanów w Toronto. Niespełniona obietnica, wysłanie DeRozana do San Antonio, napięta atmosfera wewnątrz zespołu. Presja na wprowadzeniu Raptors na wyższy poziom spoczęła na jednym człowieku. A on ją udźwignął.

 

Na 4 ostatnie podejścia – Raptors trzykrotnie wypadali z play offów z wynikiem 0-4. Raz zrobili im to Wizards. Dwa razy – LeBron James. Czwarty przypadek to także porażka z rąk Jamesa i Cavaliers – 4:2, w Finałach Konferencji, pierwszych w historii klubu. Teraz czas na drugie. Na Wschodzie nie ma już LeBrona, do pokonania jest za to Giannis, ale Raptors mają na niego swoją odpowiedź.

Zaryzykujemy nawet (podkreślmy to słowo), że z Kawhim w obecnej formie, Raptors mogliby się mierzyć z zeszłorocznymi Cavaliers. Leonard zrobił różnicę. Nie tylko był częścią znakomitego zespołu. Momentami był jego sercem i mózgiem, przejmując kontrolę, gdy reszcie po prostu nie szło. Nie uświadczycie tego ze strony DeMara DeRozana. Mało tego – nie uświadczycie tego prawdopodobnie ze strony żadnego zawodnika grającego w tegorocznych play offs.

Durant, Antetokounmpo, Lillard – każdy z nich w pewnym momencie przejmował kontrolę nad meczem i prowadził swoją drużynę do kolejnej rundy. Żaden z nich nie zrobił jednak tego, czego dokonał Kawhi. Ten przez większość serii z 76ers był po prostu nieomylny. 34,7 punktu na mecz. Jego najgorsza skuteczność z gry – 41%, w meczu numer 7, w którym oddał aż 39 rzutów. Kiedy Raptors w tej serii nie szło – brał na siebie cały ciężar gry. Kiedy koledzy się angażowali – sprawiał, że grali jeszcze lepiej. Po latach oczekiwań, Toronto doczekało się swojego gwiazdora. Gwiazdora, z którym sukces nie jest już tylko marzeniem. Marzeniem kibiców jest teraz co innego – żeby został z nimi jak najdłużej.

A przecież jeszcze rok temu wielu z nas zapomniało, że był MVP Finałów to jeden z najbardziej dominujących zawodników w lidze. Kontuzja wykluczyła Leonarda z niemal całego sezonu. Kiedy wrócił do składu San Antonio Spurs na 9 spotkań, nie przypominał samego siebie. Sytuacja robiła się kuriozalna – Kawhi miał rehabilitować się na własną rękę w Nowym Jorku, unikać spotkania z przedstawicielami Spurs, a nawet Gregga Popovicha. Swoją postawą, lub postawą wykreowaną przez media, zraził do siebie wiele osób, stąd jego wkład w grę Toronto Raptors nie był w trakcie sezonu regularnego tak gorącym tematem, jak choćby znakomita gra Giannisa Antetokounmpo i Milwaukee Bucks. Z krystalicznie czystej postaci zmienił się w gracza z łatką marudy, dla którego nie liczy się zespół.

W debatach na temat MVP rozgrywek, nazwisko Leonard systematycznie było pomijane. Oliwy do ognia dolał Popovich, który w jednym z wywiadów przyznał, że Kawhi nie dorósł jeszcze do roli lidera. Raptors mieli tylko rok, by przekonać go do zostania na dłużej. Kawhi nie zamierzał jednak czekać na to, co zaoferuje mu klub i jego koledzy. Po prostu wziął drużynę na swoje barki i wprowadził ją do Finałów Konferencji.

Po meczu Leonard chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, czego dokonał. Na konferencji przyznał, że nigdy nie trafił buzzer-beatera w meczu numer 7 i to nowe doświadczenie sprawiło, że zareagował tak emocjonalnie, co oczywiście wychwycili od razu wszyscy.

Dopiero jeden z reporterów uświadomił go co do jednego – nikt w historii NBA nie trafił jeszcze buzzer-beatera w meczu numer 7. Nigdy.

Po tym, jak przewyższył klasą plejadę gwiazd z Filadelfii, czeka go jeszcze trudniejszy pojedynek. Giannis jest w życiowej formie, a jego koledzy wspierają go w dużo większym stopniu, niż widujemy to w Toronto. Walka o miano króla Wschodu rozpocznie się już w nocy ze środy na czwartek.

Grzegorz Kordylas
fot. Vaughn Ridley/Getty Images
Czytaj także: CJ bierze to na siebie!