Milwaukee Bucks pokonali poprzedniej nocy Philadelphię 76ers po znakomitym meczu w wykonaniu Giannisa Antetokounmpo. Grek zanotował na swoje konto triple-double i nie było w obozie rywala defensora gotowego go zatrzymać.

 

Początek był dla gospodarzy problematyczny. Przegrali pierwszą kwartę 22:34 i mieli problemy ze skutecznością. Druga kwarta z kolei była w wykonaniu Bucks niemal historyczną, bo zabrakło im tylko punktu do 50-tki. Za te skrajności uwielbiamy NBA. W przeciągu kilku minut zespół był w stanie odblokować się do tego stopnia, że rywala niemal zmiażdżył. Bucks wygrali 123:108 i pierwszy raz od sezonu 2000/2001 zaczynają rozgrywki od 4-0. Liderem na parkiecie był rzecz jasna Giannis Antetokounmpo. Po meczu mówił, że nie jest do końca zadowolony ze swojego występu i potrafi pomóc kolegom w znacznie większym stopniu.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

Ostatecznie lider gospodarzy zanotował na swoje konto 32 punkty (12/24 FG, 8/9 FT), 18 zbiórek, 10 asyst, 2 przechwyty, 3 bloki. Nadal ma problem ze skutecznością rzutów za trzy. Przeciwko Sixers był zza łuku 0/3 i będzie to mocno ambicje Antetokounmpo męczyło, bo wielokrotnie powtarzał, że chce się stać realnym zagrożeniem również w tym elemencie gry. Z triple-double mecz zakończył również Ben Simmons, który wrócił do gry po problemach z plecami. W 38 minut zdobył 14 punktów (6/15 FG), 13 zbiórek i 11 asyst.

Szóstki przegrały trzeci mecz w sezonie i są pewne rzeczy, które ich blokują, m.in. to, że statystyki Embiida i Simmonsa z Fultzem na parkiecie są znacznie gorsze niż bez niego. To dopiero początek sezonu, niemniej trend może być dla Bretta Browna niepokojący. Zobaczymy, czy Fultz będzie w stanie obrócić sytuację i grać efektywnie razem z dwójką liderów.

Zobacz także: Walton i Thibs na gorących krzesłach?
fot. Jeff Hanisch
Michał Kajzerek
@mkajzerek