Toronto Raptors przeszli dziś drogę z nieba do piekła i z powrotem. Napędzani niekończącymi się siłami DeMara DeRozana zbudowali przewagę, która wydawała się być nie do zmarnowania. Chwilę później Bucks przeprowadzili jeden z najbardziej imponujących comebacków tego sezonu. Na końcowe minuty nie starczyło im już sił.

 

Toronto Raptors – Milwaukee Bucks 92:89 (4:2)

Jeszcze kilka dni temu sytuacja była dokładnie odwrotna. Bucks wygrali pierwszy mecz u siebie różnicą 27 punktów, a my zastanawialiśmy się, jakim cudem Raptors udało się wygrać jeden mecz. Jeśli jednak te Play Offs nas czegoś uczą, to tego, żeby nie wyciągać pochopnych wniosków.

I tak o to, w nocy z czwartku na piątek, na tym samym parkiecie, to DeMar DeRozan (32pkt) i spółka radzili sobie wyjątkowo dobrze, budując 25-punktową przewagę, która była efektem kilku runów na przełomie drugiej i trzeciej kwarty. Bucks nie mieli odpowiedzi na DeRozana, a ten, tak jak przez prawie całą pierwszą rundę, był go-to-guyem dla Toronto.

Dziś tylko on i Kyle Lowry (13pkt) przekroczyli granicę 10 oczek. Czas role players w tej serii się skończył, przynajmniej jeśli chodziło o zdobywanie punktów. Odpowiedzialność za jej losy przeszła na barki liderów, przede wszystkim DeMara. Podobna sytuacja miała z resztą miejsce po drugiej stronie barykady. Choć z czasem Khris Middleton (19pkt) przyszedł z pomocą, a Jason Terry trafił dwie arcyważne trójki, przez większość czasu na przewagę Raptors była tylko jedna recepta –  Giannis Antetokounmpo (34pkt).

Giannis zaczął mecz agresywnie, rzucając pierwsze 8 punktów dla Milwaukee, jednak nawet on wyglądał na bezradnego, gdy na 5 minut przed końcem trzeciej kwarty Bucks przegrywali 71:46. Okazało się, że nie ma krzty bezradności, ani w nim, ani w reszcie graczy gospodarzy. Niemal każdy z nich miał coś do powiedzenia, gdy na przełomie 3. i 4. odsłony przeprowadzali run 13-0. Chwilę później 4 punkty Lowry’ego i kolejny zryw Bucks – tym razem 14-0, zakończony trójką Terry’ego, która dała gospodarzom prowadzenie 80:78.

To było już jednak ponad ich siły. Giannis na parkiecie spędził dziś 47 minut. Każdą przerwę w grze w końcówce wykorzystywał, by resztkami sił łapać powietrze. Bucks spudłowali w czwartej kwarcie połowę rzutów osobistych (9/18). Po wyrównaniu znów dali dojść go głosu Raptors. O wyniku przesądziły dwa zdarzenia, które nastąpiły po sobie  Na mniej niż minutę przed końcem spotkania DeRozan wziął sprawy w swoje ręce i potężnym dunkiem wyprowadził Raptors na 5-punktowe prowadzenie.

Było to nie tylko przypieczętowanie tej serii, ale też ostateczny cios w stronę Giannisa. Rywalizacja obu graczy była kwintesencją tej serii. Kilka minut przed tym zagraniem, Antetokounmpo bezlitośnie zdjął DeRozana, gdy ten próbował umieścić piłkę po prostym lay-upie.

Po drugiej stronie parkietu, Khris Middleon tak bardzo się spieszył, że zepsuł posiadanie Bucks, podając na pamięć w kierunku Jasona Terry’ego, który nie zdążył nawet zrobić ruchu w kierunku piłki. I tak oto Milwaukee zostało wyeliminowane z Play Offs. Zespół, który miał potencjał, by stać się jedną z największych rewelacji tych rozgrywek i tak może być z siebie zadowolony. Praca Jasona Kidda z miesiąca na miesiąc przynosi świetne efekty. W przyszłym sezonie miejsce w pierwszej ósemce wschodu to ich obowiązek.

Raptors lecą do Cleveland na pierwsze mecze półfinałów Wschodu. Będą mieli okazję zrewanżować się za zeszłoroczną porażkę w finałach konferencji. Pytanie, czy mają dość argumentów, by rywalizować z Cavs?

Czytaj także: Złe wiadomości dla Under Armour!
fot. Gary Dineen
Grzegorz Kordylas
@NBAwithGK