Czy Golden State Warriors czekają najtrudniejsze Finały od 2016 roku? Na to wygląda. W trakcie sezonu regularnego podopieczni Steve’a Kerra dwukrotnie polegli w starciach z ekipą z Toronto. Jak wyglądały oba pojedynki?

 

Sezon regularny sezonem regularnym – to wszyscy wiemy. Dubs mieli w nim sporo problemów, przegrali aż 11 spotkań u siebie i choć mimo wszystko zakończyli go z najlepszym bilansem na Zachodzie – media nie miały litości, kiedy coś szło nie tak. Na przykład w trakcie meczów z Toronto Raptors.

To z ekipą Nicka Nurse’a Warriors ponieśli jedną z najbardziej dotkliwych porażek u siebie w minionych latach. 20-punktowe zwycięstwo było 23. wygraną Toronto w 30 pierwszych meczach sezonu, a Raptors kontynuowali najlepszy start w historii klubu. To nie wszystko – podczas gdy Dubs grali w niemal pełnym składzie (bez DeMarcusa Cousinsa), goście z Toronto musieli radzić sobie bez Kawhi Leonarda, a Nick Nurse zaraz po meczu wylatywał do Iowy na pogrzeb swojej matki.

No Kawhi, no problem, jak się później okazało, bowiem kapitalnie spisali się Kyle Lowry (23pkt/12as) i Serge Ibaka (20pkt/12zb).

Było to pierwsze zwycięstwo Raptors w tej hali od 2004 roku. Nie wynik, a styl gry był dla Warriors największym powodem do zmartwień. Goście grali z dużo większym zaangażowaniem i zatrzymali Dubs na ledwie 6 trafionych rzutach za 3 na 26 prób. Przy okazji wyłączyli z gry Stephena Curry’ego – w ciągu 33 minut Steph trafił ledwie 3 rzuty i zaliczył 3 asysty. Obrońcom Raptors będzie miał więc sporo do udowodnienia, zwłaszcza, że był to dotychczas jedyny mecz, jaki rozegrał przeciwko nim w tym sezonie.

Curry’ego zabrakło 2 tygodnie wcześniej w Toronto, gdzie byliśmy świadkami jednego z najciekawszych pojedynków w tym sezonie. Mecz w Scotiabank Arena niczym nie przypominał tego, co stało się później w Oakland. Raptors i Warriors urządzili kibicom prawdziwe święto koszykówki.

Kiedy na 56 sekund przed końcem meczu Kyle Lowry trafił trójkę i zwiększył przewagę Raptors do 6 oczek, wydawało się, że nic ani nikt nie będzie w stanie odwrócić losów spotkania. 56 sekund to jednak sporo czasu, zwłaszcza kiedy ma się w drużynie Kevina Duranta, którego tego wieczoru nie obowiązywały żadne prawa logiki.

KD doprowadził do dogrywki, jednak w tej bohaterem okazał się Danny Green. 31-latek trafił trójkę ustawiającą resztę spotkania, a Dubs nie pomogło 51 punktów swojego lidera. Mistrzowie NBA mieli też okazję posmakować nowego wcielenia Kawhi Leonarda. K-Wow zaaplikował im 37 punktów, a Raptors pokonali Warriors po raz pierwszy od 8 spotkań w meczu, który dzień później dziennikarze ESPN nazwali zapowiedzią Finałów NBA.

Dziś obie drużyny są w zupełnie innym miejscu. Warriors dopiero co wygrali 6 spotkań z rzędu bez Kevina Duranta, którego zabraknie także od początku Finałów. Raptors dodali do składu Marca Gasola, a ich ławka ożyła w serii z Milwaukee Bucks. Na powtórkę z dwóch ostatnich serii finałowych nie ma raczej co liczyć – wszystko wskazuje na to, że czeka nas prawdziwa wojna.

fot. Tom Szczerbowski-USA TODAY Sports
Czytaj także: Czy Klay zatrzyma Leonarda?