Od początku do końca dominacja Indiana Pacers w Quicken Loans Arena była niepodważalna. Choć Cavaliers od czasu do czasu zbliżali się na mniej niż dziesięć punktów, wywołując ekstazę na trybunach, Victor Oladipo i spółka za każdym razem uciszali kibiców gospodarzy i spokojnie dowieźli zwycięstwo do końca.

 

Indiana Pacers – Cleveland Cavaliers 98:80

Było w tym meczu dokładnie to, czego oczekiwaliśmy – zimny jak lód Victor Oladipo (32pkt), Lance Stephenson, którego LeBron James spokojnie może nazwać najbardziej upierdliwym rywalem, z jakim przyszło mu się mierzyć, no i sam James, który, póki miał siły, robił co mógł, by na swoich barkach ponieść Cavaliers, tak jak robił to wielokrotnie w ciągu kilku ostatnich lat w play-offs.

Po obejrzeniu spotkania, trudno nazwać powyższy wynik niespodzianką – Pacers robili to, co udawało im się w sezonie regularnym, kiedy to trzykrotnie byli lepsi od podopiecznych Tyronna Lue. W całym meczu prezentowali się zdecydowanie lepiej i choć zacięli się nieco w trzeciej kwarcie, koniec końców przyczynili się do pierwszej w karierze porażki LeBrona Jamesa w Game 1 pierwszej rundy. Nikogo nie zdziwi chyba przesadnie fakt, że amerykańscy dziennikarze porównali to wydarzenie co najmniej do katastrofy na skalę światową i po meczu momentalnie zbombardowali LeBrona pytaniami, jak się z tym czuje.

Przegrywam 0-1 w pierwszej rundzie. Przegrywałem już 1-3 w Finałach. Jestem chyba ostatnią osobą, którą powinniście zapytać jak się z tym czuje.

Nie jest jednak tak, że Cavs nie mają się czym martwić. Oprócz Jamesa, który swoją drogą zanotował triple-double (24pkt/12as/10zb) i J.R. Smitha, który rzucił 15 oczek z ławki, żaden z podopiecznych Tyronna Lue nie przekroczył granicy 10 punktów i nie wykazywał się zaangażowaniem, które byłoby zbliżone do przyjezdnych z Indianapolis. Rok temu Cavaliers bez problemu rozprawili się z Pacers w pierwszej rundzie play-offs, wygrywając 4-0. Dziś są w dużo trudniejszej sytuacji i mają na głowie o wiele więcej zmartwień, niż nieczyste zagrania Lance’a Stephensona:

Taka jednak jego rola i choć nie pochwalamy zagrań takich, jak powyższe, trudno nie docenić wkładu Lance’a w twardą i zdecydowaną grę Pacers. Po syrenie końcowej żaden z zawodników Nate’a McMillana nie celebrował przesadnie zwycięstwa. Tak, jakby każdy z nich od początku wiedział, po co przyleciał do Cleveland.

Wierzyliśmy w to, że możemy wygrać. Weszliśmy w ten mecz z nastawieniem, że musimy grać agresywnie po obu stronach boiska i trzymać się tego, co graliśmy przez cały sezon. I wykonaliśmy swoją robotę. Ale to tylko jeden mecz, to tylko Game 1.

Skromnie, ale trafnie, podsumował ten mecz Oladipo, który okazał się bohaterem całego wieczoru. Główny kandydat do nagrody MIP raz za razem udowadniał, że nie ma w nim strachu i gdy tylko Cavs zbliżali się na niebezpieczną odległość, uczył ich pokory kolejnym trafieniem z dystansu. W sumie uzbierał 32 punkty i wszedł w tej play-offy bez żadnych zahamowań.

Nie pozostaje nam nic innego jak czekać na to, jak zareagują Cavs. Niemal wszystkie zespoły, w których grał LeBron James po 2010 roku, potrafiły podnieść się z kolan w najtrudniejszych momentach. Póki co sytuacja jest do opanowania – to tylko Game 1. Z tak grającymi Pacers, trzeba mieć się jednak na baczności. Kto wie, być może czeka nas niespodzianka już w pierwszej rundzie?

Grzegorz Kordylas
fot. Nathaniel S. Butler
Czytaj także: Paul George od razu z rekordem!