To było coś więcej, niż zwycięstwo z OKC Thunder. Blazers przylecieli do Denver na spotkanie z ekipą z najlepszym bilansem u siebie w całej lidze. Przylecieli na najważniejszy mecz tego sezonu i spotkali ogromny opór. A mimo tego – po raz kolejny przetrwali i przedłużyli swój najlepszy sezon od prawie 20 lat.

 

Portland Trail Blazers – Denver Nuggets 100:96

Pamiętacie to?

Dla wielu z nas – kultowy moment. Dla kibiców w Portland – bardzo bolesne wspomnienie. Wtedy to po raz ostatni ich ulubieńcy grali w Finałach Konferencji i mieli ogromne szanse, by przejść dalej. Kontrowersje z sędziami, prowadzenie w meczu numer 7 i wreszcie epicki moment z udziałem Kobego i Shaqa – historii wokół tej serii było mnóstwo, jednak dla Blazers najważniejsze było to, że przez długi czas nie byli w stanie wejść choćby na porównywalny poziom.

Aż do wczoraj.

Dwóch graczy Portland trafiło wczorajszego wieczoru więcej niż 3 rzuty w całym meczu. Damian Lillard miał przed sobą defensywę, która przez pełne 48 minut miała tylko jeden cel – nie dopuścić go do łatwego rzutu. Podwajany, a momentami i potrajany Lillard musiał oddawać rzuty z trudnych pozycji, próbował wstrzelić się w mecz, ostatecznie pudłując 14 z 17 oddanych rzutów. Mimo tego nie zrezygnował z agresywnego atakowania kosza, podejmując jednak przy tym wiele bardzo mądrych decyzji. Najmądrzejsza z nich – zostawić wykańczanie akcji CJ’owi.

CJ McCollum rozegrał wczoraj bowiem najlepszy mecz w swojej karierze. Zmienił się w lidera z prawdziwego zdarzenia, trafiając niewiarygodnie trudne rzuty, zaliczając jedno udane wejście pod kosz za drugim, a nawet zamieniając się na chwilę w LeBrona Jamesa.

Wreszcie, kiedy przyszedł najważniejszy moment, CJ po prostu wprowadził Blazers do Finałów Konferencji.

37 punktów przy ledwie jednej trafionej trójce i dwóch osobistych. Na każdy punkt McCollum ciężko zapracował. Po słabym meczu numer 5, który Nuggets wygrali 26 punktami różnicy, CJ zakończył serię trafiając 29 z 53 rzutów w dwóch ostatnich meczach. Jeśli Damian Lillard był na ustach wszystkich po serii z OKC Thunder, McCollum zasługuje dziś na to samo.

Cegiełkę do wczorajszego zwycięstwa dołożyli jego koledzy. Kanter, zwolniony w środku sezonu przez Knicks, zebrał 13 piłek, niejednokrotnie ratując akcję Blazers swoim sprytem i siłą na atakowanej tablicy. W zbiórkach wtórował mu z resztą Lillard – Dame otarł się o triple-double (13pkt/10zb/8as) i nie licząc słabej skuteczności – nie sposób nie zauważyć jego wkładu we wczorajszą wygraną. Aminu, którego wkład rzadko widać w statystykach, ratował zespół swoją energią, kiedy Blazers przegrywali już 17 punktami. Evan Turner był clutch i w końcówce zdobył kilka bardzo ważnych punktów. Nawet Lillard, który w ciągu pierwszych trzech kwart trafił tylko jeden rzut, w ostatniej odsłonie dołożył do tego dwie celne trójki.

Poza tym – był to mecz McColluma.

O grze, porażce i sezonie Denver, warto napisać w innym tekście. Podopieczni Michaela Malone’a przegrali najważniejszy mecz sezonu u siebie, jednak chyba każdy kibic koszykówki czuje w kościach, że ich czas dopiero nadejdzie. W tym sezonie było bardzo blisko, a przecież Nuggets mają czwartą najmłodszą drużynę w całej lidze.

Przyszłość należy do nich. Póki co – musieli uznać wyższość Blazers.

fot. Ron Chenoy
Czytaj także: Kawhi z buzzerem!