Kiedy Los Angeles Clippers powrócili z dalekiej podróży w meczu sezonu regularnego przeciwko Celtics, myśleliśmy, że nie zobaczymy nic bardziej spektakularnego. 28 punktów straty do C’s udało się odrobić – kto by pomyślał, że w drugim meczu play offs ta liczba zostanie przebita, a Clippers popiszą się najlepszym comebackiem w historii fazy pucharowej?

 

Los Angeles Clippers – Golden State Warriors 135:131

Kiedy Golden State Warriors wyszli na 30-punktowe prowadzenie, część fanów na widowni i przed telewizorami pomyślała sobie pewnie, że równie dobrze można byłoby wziąć się za coś innego – w Oracle Arena sytuacja raczej nie ulegnie już zmianie.

To były dwa różne mecze. W jednym – Golden State Warriors wyglądali jakby byli gotowi do gry w Finałach i traktowali swoich rywali jak worek treningowy. 17 asyst na 23 trafione rzuty w pierwszej połowie, wyborna gra drużynowa pod dowództwem Stephena Curry’ego i początek trzeciej kwarty, który nie zapowiadał niczego, co stało się później.

Przy całej swojej znakomitej grze, Warriors zapomnieli jak fenomenalny potrafi być Lou Williams. Do spółki z Montrezem Harrellem, który w czwartej kwarcie rzucił Dubs 15 punktów, zawstydzali defensywę mistrzów, jak nie prostymi zasłonami, to indywidualnymi akcjami, których nie dało się powstrzymać. W drugiej połowie Clippers rzucili aż 85 punktów. Nie poddali się nawet wtedy, gdy na 4,5 minuty przed końcem sędziowie wyrzucili z parkietu Patricka Beverley’a.

Lou Will był tego wieczoru nie do opisania.

W najważniejszej akcji meczu Clippers oddali jednak piłkę do Landry’ego Shameta. I tak oto, 26. pick w Drafcie, wybrany przez 76ers, zapewnił im historyczne zwycięstwo nad najlepszą drużyną w lidze.

Reakcja całego świata:

Sytuacji Dubs nie poprawia fakt, że kontuzji doznał DeMarcus Cousins. Na tym skupimy się jednak w osobnym tekście. Póki co oddajemy całą chwałę Los Angeles Clippers. To im należą się wszystkie dzisiejsze nagłówki.

fot. Jeff Chiu
Czytaj także:Linijka dnia: Powrót Simmonsa