Jeszcze kilka tygodni temu Thunder okupowali trzecie miejsce w tabeli Zachodu, Paul George był jednym z głównych kandydatów do nagrody MVP, a koszmary z poprzedniego sezonu wydawały się odległą przeszłością. Kiedy wczoraj, w pogodny wieczór w Oklahoma City, kibice zmierzali w kierunku hali, mało kto spodziewał się, że wspomnienia z serii z Jazz pojawią się jak grom z jasnego nieba.

 

Portland Trail Blazers – Oklahoma City Thunder 111:98

W meczu numer trzy Russell Westbrook wreszcie poczuł ulgę. Po dwóch pojedynkach w Portland, w których musiał znosić upokorzenia ze strony Damiana Lillarda, wreszcie był górą. Gdyby wiedział, jak potoczy się kolejny wieczór, w którym stanie naprzeciw swojego rywala, pewnie w kilku sytuacjach ugryzłby się w język.

Dame oszczędził sobie trash talkingu. Po przechwycie zamienionym na punkty zdobyte nad Russem, nawet nie spojrzał w jego stronę. Wiedział, że tylko pełna koncentracja pozwoli dowieźć najważniejsze zwycięstwo w tej serii do końca. Blazers wygrali na wyjeździe w Play Offs po raz pierwszy od 3 lat. W drugiej połowie dzisiejszego meczu Lillard przyćmił Westbrooka pod każdym względem. Duża w tym jednak ,,zasługa” samego Russella. Rozgrywający Thunder w drugiej połowie zdobył jeden punkt, pudłując ostatnie 10 rzutów. Kiedy na kilkadziesiąt sekund przed końcem czwartej kwarty ważyły się losy meczu, a gospodarze mieli jeszcze mikroskopijne szanse na comeback, oddał rzut z narożnika nad Enesem Kanterem. Piłka odbiła się od obręczy, a szanse Thunder na powodzenie zmalały do zera.

Do sukcesu w tej serii Westbrook i spółka będą potrzebowali co najmniej cudu.

Póki co cudów dokonują McCollum i Lillard.

Rok temu obaj, podobnie jak Westbrook i George, zostali upokorzeni już w pierwszej rundzie. Mimo kolejnego znakomitego sezonu regularnego, w którym nierzadko we dwójkę decydowali o wyniku swojego zespołu, mało kto widział w nich kandydatów do namieszania w fazie pucharowej. Kontuzja Jusufa Nurkića tylko pogorszyła sprawę. Tymczasem zarówno CJ, jak i Dame, wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, choć wcale nie forsują rzutów i nie próbują za wszelką cenę rozstrzygnąć losów serii na własną rękę. Sprawiają, że cała drużyna radzi sobie lepiej.

Według Lillarda (24pkt) plan był prosty.

Nie mieliśmy zamiaru wychodzić na parkiet i wdawać się w niepotrzebne pojedynki na słowa. Skupiliśmy się na tym, na czym powinniśmy się skupić i co dawało nam szansę wygrać ten mecz. Jestem dumny z tego, że trzymaliśmy się planu.

Do pełni jego realizacji potrzeba jeszcze czwartego zwycięstwa. Przed Russellem Westbrookiem i spółką piekielnie trudne zadanie. Paul George (32pkt) po słabym meczu numer 3 znów zaczął robić swoje, jednak pomoc ze strony reszty zespołu była niewystarczająca.

Game 5 w nocy z wtorku na środę o 4:30 naszego czasu.

Grzegorz Kordylas
fot. Jaime Valdez/USA TODAY Sports
Czytaj także: Rakieta Durant-Thompson!