Na nazywanie sukcesu naszej reprezentacji renesansem polskiej koszykówki jeszcze za wcześnie. Jednak fakt, że dogrywkę meczu Polska-Chiny oglądało niemal 2 miliony Polaków, może napawać nas nadzieją.

W ,,Wielkiej Księdze Koszykówki” Bill Simmons oceniał wydarzenia sportowe według Testu Mamy. Jeśli jego mama, która kompletnie nie interesowała się sportem, wiedziała o jakimś wydarzeniu, to znaczy, że było ono naprawdę istotne.

Polska reprezentacja w ostatnich dniach to najlepszy przykład na to, jak szybko przejść Test Mamy.

Oto 12 zawodników, których nazwiska jeszcze tydzień temu znała zdecydowana mniejszość naszego kraju, dostało się na nagłówki polskiej prasy. W obliczu porażki piłkarzy ze Słowenią, jak to zwykle bywa, krytyka w stronę kadry Jerzego Brzęczka jeszcze bardziej wzmocniła zachwyty nad koszykarską reprezentacją.

Oczywiście nie o to chodzi. Robert Lewandowski i spółka to dziś jedna z najlepszych reprezentacji w Europie. Lista nazwisk polskich piłkarzy grających w pięciu najlepszych ligach świata z rok na rok staje się coraz dłuższa. Piłka nożna jest i będzie najpopularniejszą dyscypliną w Polsce i nic w tym dziwnego – to piękna gra. Każdy, kto woli wziąć piłkę w ręce i trafić do kosza czuje dziś jednak to samo co Mike Taylor. Moment, który trzeba wykorzystać.

Mateusz Ponitka i jego koledzy z zespołu już są bohaterami. Po powrocie do kraju będą zapraszani na wywiady, ich wartość marketingowa wzrośnie, zagrają w kilku reklamach. Trener Taylor, charyzmatyczny amerykański szkoleniowiec, będzie uosobieniem twardej i nieustępliwej gry naszej reprezentacji. W ciągu kilku dni zaskarbił sobie sympatię milionów Polaków, podobnie jak rok temu Vital Heynen, którego śmiało można zaliczyć do jednego z najbardziej lubianych obcokrajowców w kraju nad Wisłą.

Co potem? Wrzawa ucichnie. Zawodnicy rozjadą się do klubów. Mateusz rozpocznie nowy etap kariery w Sankt Petersburgu, Adam Waczyński wróci do Malagi walczyć o sukcesy w najlepszej europejskiej lidze, itd. Po największym sukcesie naszej kadry od 52 lat pozostaną miłe wspomnienia. A może pozostać znacznie więcej. Wystarczy kuć żelazo, póki gorące.

Jeśli od czasu do czasu bierzesz piłkę i idziesz porzucać na boisko czy orlika, pewnie nie raz łapiesz się na tym, że rzucasz w samotności przez 2-3 godziny (tak jak autor tego tekstu). Czasami się to przydaje – można się wyciszyć. Mało który sport można uprawiać w samotności i daje to taką przyjemność. Koniec końców koszykówka to jednak sport zespołowy i słowo ,,zespołowy” jest w nim kluczowe. Dlaczego? Zaraz do tego wrócimy.

Mało która dyscyplina w równym stopniu uczy charakteru. Spytajcie dowolnego zawodowego koszykarza ile rzutów dziennie oddaje – setki, tysiące? Kobe Bryant w trakcie Igrzysk Olimpijskich grał w jednej z najbardziej utalentowanych drużyn w historii. Wyjazd do Londynu mógł potraktować jako wakacje. Tymczasem choć reszta drużyny stawiała się na treningi o 11, jeden z trenerów od przygotowania motorycznego wspomina, że Bryant po prosił go o indywidualny trening o 4 rano. Etyką pracy w wieku 34 lat, z 5 mistrzostwami NBA na koncie, przewyższał większość dzieciaków, które dopiero walczą o spełnienie swoich marzeń.

*Ostatecznie rzucał do momentu, aż nie trafił 800 rzutów – taki cel sobie założył tamtego ranka.

Larry Bird mówił: Jeśli uważasz, że zrobiłeś na treningu wystarczająco dużo, lepiej weź się do roboty, bo gdzieś ktoś właśnie stara się bardziej, niż Ty.

Nie każde dziecko będzie Kobe Bryantem czy Larrym Birdem. Każde, które będzie oddane swojej pasji w podobnym stopniu, prędzej czy później stanie się żywym dowodem na to, że warto ruszyć tyłek. Właśnie tego uczy koszykówka. Żeby trafić 5 na 10 rzutów, najpierw musisz oddać ich tysiące na opuszczonym boisku. Jeśli wiesz, że pracowałeś odpowiednio ciężko, jesteś pewien swoich umiejętności. Pewien przed sobą i przed innymi. Tu zaczyna się rywalizacja. Kiedy 10 zawodników pewnych swoich umiejętności wychodzi na boisko, równie ważny jak umiejętności okazuje się charakter. Kolejna lekcja, którą wyciągnąć można z boisk.

Gdzie tu istota słowa zespołowy? Isaiah Thomas mówił, że sekret mistrzowskich drużyn tkwi w rzeczach, które dotyczą spraw poza koszykarskich. Dopiero kiedy kilkunastu zawodników/zawodniczek potrafi zaufać sobie poza parkietem, będą wstanie współpracować na najwyższych obrotach wtedy, kiedy wszystkie oczy zwrócone są na nich. Phil Jackson, trener Michaela Jordana, Kobe Bryanta i Shaquille’a O’Neala, dawał zawodnikom w prezencie książki starannie dobierane do ich osobowości. Wpajał im także filozofię ZEN. Zamiast rozrysowywać zagrywki, poświęcał treningi na rozmowy, pomagał zawodnikom zrozumieć siebie. Uczył ich życia.

Tak więc rodzicu. Chcesz nauczyć swoje dziecko sumienności i wpoić mu pewność siebie? Daj mu piłkę do rąk. Zaprowadź na orlika. Stare szkolne boiska z połamanymi koszami to standard, ale sytuacja i tak jest lepsza niż jeszcze kilka lat temu. Warunki są – wystarczą chęci, kilku znajomych i cierpliwość. Nie ma znajomych chętnych do gry? Potrzeba więcej cierpliwości. W obliczy sukcesu naszej kadry łatwiej o to niż kiedykolwiek wcześniej. Wniosek? Płyńmy z nurtem, który wyznaczyła kadra Mike’a Taylora, bo warto.

Jeśli nie koszykówka, na pewno znajdzie się inny sport, lub zajęcie, dzięki któremu doskonalenie własnych umiejętności zamieni się w pasję. W świecie krótkotrwałych trendów i przeciętności, ta staje się cenniejsza, niż cokolwiek innego.

To co, na boisko?

Grzegorz Kordylas
fot. FIBA
Czytaj także: Serbia czy Hiszpania? Na kogo lepiej trafić w ćwierćfinale?