Miwaukee Bucks robią wszystko, by nie popełnić błędu z drugiej rundy. Wtedy to po kilku dniach przerwy podeszli do meczu z Celtics wypoczęci i zrelaksowani. Jak się okazało – zbyt zrelaksowani. Mike Budenholzer dopilnował, by tym razem nic nie zdekoncentrowało jego podopiecznych, a Giannis zdaje sobie sprawę z zagrożenia.

 

Pamiętamy co było kilka tygodni temu? Bucks przegrali z Celtics 22 punktami u siebie, Paul Pierce obwieścił koniec serii, a Kyrie Irving i spółka byli jeszcze postrzegani jako kandydaci do tytułu.

Jak szybko wszystko może się zmienić, pokazały cztery kolejne mecze.

Zawodnikom Bucks nie trzeba było dwa razy powtarzać, że zbyt długi relaks może źle wpłynąć na ich koncentrację. Kiedy po meczu numer 5 przeciwko Celtics Mike Budenholzer dał swoim podopiecznym dzień wolnego, większość z nich stawiła się w hali i wspólnie trenowała.

Kolejne dni faktycznie upływały na odpoczynku. Giannis rehabilitował kostkę, którą uszkodził w meczu numer 5 (a wcześniej w trakcie sezonu regularnego), Mirotic, Bledsoe i George Hill spędzili czas z dziećmi. Żaden z nich nie spuszczał jednak z oka głównego celu – przygotować się w 100% na mecz numer 1. W poniedziałek Bucks zaliczyli dłuższy niż zwykle trening i sesję filmową. Antetokounmpo nie mógł być bardziej dumny ze swoich kolegów.

Nikt nic nie mówił. Wszyscy pojawili się, bo wiedzą jak ważne jest, by nadać ton od początku serii. I to jest dobra informacja. To jest to co robią wyjątkowe drużyny, wspaniałe drużyny.

Giannis podkreślił również, że przegrywając pierwszy mecz, Bucks postawią się w fatalnej sytuacji. Przy okazji wyprowadził mały pstryczek w nos pokonanym wcześniej Celtics:

Przeciwko Bostonowi możesz przegrywać 1-0 i nic ci nie będzie. Ale przeciwko Toronto – byłoby bardzo ciężko wyjść z tej pozycji, przegrywając pierwszy mecz u siebie.

Patrząc na postawę Raptors, nie mamy wątpliwości, że w Finałach Konferencji graczy Milwaukee czeka dużo trudniejsze zadanie. Początek serii już w nocy ze środy na czwartek o 2:30 naszego czasu.

Grzegorz Kordylas
fot. Greg M. Cooper-USA TODAY Sports
Czytaj także: Gdzie zniknął Damian Lillard?