Stary król Wschodu kontra nowy król Wschodu. Pojedynki LeBrona Jamesa i Giannisa Antetokounmpo mogą być traktowane jako symboliczne przekazanie władzy, jednak, jak przyznał sam James, Bucks to nie tylko Giannis, co dobitnie pokazała nam końcówka dzisiejszego spotkania.

 

Milwaukee Bucks – Los Angeles Lakers 131:120

Wszyscy mówią tylko o Giannisie, ale pamiętajmy o reszcie. Otacza go znakomita grupa.

Te słowa Jamesa mogą być rzecz jasna zrozumiane na wiele sposobów i możemy domyślać się, że sporo amerykańskich redakcji przedstawi je jako pstryczek w nos organizacji z Los Angeles. Znaczenie tych słów jest jednak tak proste, jak widać na pierwszy rzut oka. To nie Giannis, a Bucks jako drużyna, rozprawili się dziś z Lakers w końcówce.

To było wyrównane spotkanie niemal od początku do końca. W pewnym momencie trzeciej kwarty to Lakers wyszli na 12-punktowe prowadzenie – im zwycięstwo było dziś dużo bardziej potrzebne. Bucks wygraną zapewnili sobie awans do play offs, jednak nawet w przypadku porażki nie byłby to dla nich koniec świata. Dla Jamesa i spółki każda kolejna porażka sprawia, że na Lakers spada fala krytyki, a szanse na awans do play offs spadają o kolejny procent. Procentów tych zostaje już coraz mniej – kibice w Los Angeles powoli zaczynają oswajać się z myślą, że projekt LeBron może nie przynieść oczekiwanych sukcesów w pierwszym roku.

Nie minęły jednak nawet 4 minuty, a to Bucks prowadzili jednym punktem i niemal do końca czwartej kwarty obie drużyny szły łeb w łeb. Na 3 minuty przed końcem meczu LeBron dał gospodarzom dwupunktowe prowadzenie i był to ostatni pozytywny akcent jego drużyny w tym meczu.

Chwilę później Eric Bledsoe doprowadził do remisu i razem z Malcolmem Brogdonem przeprowadził run 15-2, który powalił Lakers na kolana. Rankiem tego samego dnia, Bledsoe podpisał z Bucks przedłużenie kontraktu warte 70 milionów dolarów, po czym przyznał:

Mamy utalentowany, młody zespół, dorastamy razem. Walczymy o coś więcej niż indywidualne sukcesy. Po prostu chcę być tego częścią.

Rano mówił, wieczorem robił. Bledsoe nie tylko był dziś częścią zespołu, był liderem, który tak naprawdę poprowadził Bucks do zwycięstwa. 31 punktów i 9 asyst przyćmiło słabą skuteczność z dystansu (2/11), a heroiczne akcje w końcówce sprawiły, że stało się coś, na co mało kto stawiałby przed meczem – bohaterem wieczoru nie został ani LeBron, ani Giannis.

Antetokounmpo mógł dziś pracować w ciszy – 16 punktów i 15 zbiórek to jak na niego skromne liczby, ale dziś wystarczyły w zupełności. James rzucił 31 punktów, podobnie jak Brandon Ingram. 20 oczek dorzucił Rondo, jednak dobra postawa trójki zawodników nie wystarczyła – w końcówce zabrakło Lakers zimnej krwi i LeBron mógł tylko bezradnie patrzeć, jak Bucks trafiają kolejne rzuty za 3.

Świetny mecz i świetne show, niestety dla Lakers – zakończone bez happy endu. Czy tak samo będzie z całym sezonem?

fot. Shahan Ahmed/NBC Sports
Czytaj także: Niewiarygodna historia – cztery dogrywki w Atlancie!