Pewnie tylko szaleniec obstawiałby zwycięstwo Cleveland przeciwko Toronto, w dodatku różnicą 25 punktów. A jednak stało się. Raptors, którzy na mecz przeciwko Cavaliers stawili się w swoim najmocniejszym składzie „dostali łomot” od zajmujących przedostatnie miejsce na wschodzie Cavaliers. Sfrustrowany Ibaka rzucił się z pięściami na Marquese Chrissa.

 

Najwyraźniej gracze Raptors przystępowali do meczu z nastawieniem, że zwycięstwo po prostu im się należy. Oni, postrzegani przez wielu jako główni faworyci do gry w finale spotkali na swojej drodze zespół wyrzutków „tankujących” po najlepsze miejsce w tegorocznym drafcie. Okazało się jednak, że Cleveland ma powody by jaśniej patrzeć w przyszłość, a z kolei Toronto wcale nie jest takie niezniszczalne. Cavaliers wygrali 126:101.

Od początku meczu Cleveland postawiło trudne warunki. Wszyscy gracze pierwszej piątki mocno weszli w mecz. Byli aktywni na tablicach i trafiali z każdej pozycji. Zaskoczeni i trochę uśpieni Raports, chyba jedynie przewagą swojego talentu nie pozwalali rywalom odskoczyć na więcej niż parę punktów.

Jednak po kolejnej trafionej trójce, tym razem Clarksona na początku drugiej kwarty Cleveland objęło prowadzenie 28:25 i nie oddało go już do końca. O ile przewaga Cavs do końca 3 kwarty oscylowała w granicach 10 puntów, o tyle ostatnia kwarta to już prawdziwa dominacja gospodarzy.

Absolutnie wszyscy gracze Cleveland, którzy pojawili się na parkiecie mięli swój wkład w zwycięstwo. Prym wiódł młody rozgrywający Cavs Collin Sexton, który grał niczym doświadczony All Star. Pokazał, że jego wybór z 8 numerem zeszłorocznego draftu to nie przypadek. Był na parkiecie absolutnie wszędzie. Trafiał za trzy albo wchodził pod kosz i objeżdżał powolnego Gasola niczym tyczkę. Ostatecznie zanotował 28 punktów, 4 zbiórki i 5 asyst.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

Wracający po kontuzji Kevin Lowe zdominował środek pola. Grając niewiele ponad 28 minut zdobył 18 zbiórek i dołożył 16 punktów, trafiając 3 z 7 rzutów za trzy. Dobre spotkanie rozegrał również ulubieniec Lebrona Cedi Osman. Bez żadnego strachu i oporów wbijał się pod kosz mimo obstawy rosłych i atletycznych obrońców Toronto. Zdobył 19 punktów, 7 zbiórek oraz 7 asyst. Dobre zagrali również Zizic ( 17 i 7) oraz wchodzący z ławki Nwaba i Stauskas.

Zaskoczeni gracze Raptors nie potrafili nawiązać równej walki. Brakowało im energii. No może wszystkim, poza Pascalem Siakamem, który swoimi dynamicznymi wjazdami próbował rozerwać obronę Cavs. Kahwi Leonard co prawda zdobył swoje (25 punktów, 9 zbiórek oraz 2 asysty ), ale jego gra nie pociągnęła zespołu do przodu.  Swoją drogą obserwując Leonarda odnoszę wrażenie, że gra trochę z boku zespołu. Fakt, zdobywa sporo punktów, ale jego gra opiera się głównie na samodzielnym kreowaniu sytuacji, na wykorzystywaniu talentu i siły, by wkręcać się pod kosz. Ma tylko trochę ponad 3 asysty na mecz, co jest jednym z najgorszych wyników, wśród graczy zdobywających ponad 20 punktów. On nie kreuje gry zespołu i nie sprawa, że gracze Toronto grają lepiej. To fantastyczny gracz, ale nie lider.

Mecz Raptors vs Cavs zapamiętany zostanie również z innego powodu. W trzeciej kwarcie podczas szybkiego ataku Marquese Chriss z Sergem Ibaką zaplątani rękami, przepychając się, walczyli o nadlatującą piłkę. W konsekwencji Ibaka wylądował na parkiecie pod nogami Chrissa. Nie wiadomo, czy przechodzący obok leżącego Ibaki gracz Cavs coś mu powiedział, czy to kwestia frustracji spowodowanej złą grą zespołu, ale gracz Raptors momentalnie wstał na równe nogi. Złapał przeciwnika za szyję, dopchnął do wysięgnika kosza i zaczął go okładać. Chriss nie pozostał mu dłużny. Dawno nie mieliśmy prawdziwej wymiany ciosów w NBA. Z reguły koledzy z zespołu reagują dostatecznie szybko i rozdzielają kolegów. Tutaj nie było żadnego w pobliżu.

Ostatecznie Cleveland zdominowało przeciwnika. Młodzi gracze Cavs jak Sexton, Osman czy Zizic pokazali, że warto budować na nich zespół. Dla Toronto był to jeden z tych meczów, o którym będą chcieli jak najszybciej zapomnieć. Okazało się, że nawet bez Lebrona w składzie demony przeszłości powróciły, a Cleveland wciąż są dla nich problemem.

 

Tomasz Kubień
fot. Getty Images