Kiedy na dwie i pół minuty przed końcem meczu James Harden miał na koncie 20 punktów, a Rockets prowadzili 9 punktami, wydawało się, że The Beard lada moment usiądzie na ławce, a wraz z końcem meczu zakończy się jego streak meczów z 30 punktami na koncie. Nic bardziej mylnego.

 

Ostatnie 150 sekund było jego popisem. Harden ani myślał opuszczać parkietu, nie namawiał go do tego także Mike D’Antoni. Rockets z każdą sekundą umacniali swoje prowadzenie, a James wziął sprawy w swoje ręce i trafił 2 trójki z rzędu, chwilę później dwa osobiste, a występ zakończył trójką po asyście Chrisa Paula. Dopiero ostatni rzut pozwolił mu przedłużyć serię spotkań z 30 punktami na koncie do 30 z rzędu.

Przy pierwszym możliwym timeoucie opuścił parkiet z uśmiechem na ustach. Trudno się dziwić. Już tylko jeden mecz dzieli go od wyrównania drugiego najlepszego wyniku Wilta Chamberlaina. Do rekordu legendy NBA jeszcze trochę mu jednak brakuje – The Stilt swego czasu aplikował rywalom ,,trzydziestki” w 65 meczach z rzędu.

Tym razem Harden walczył nie tylko z przeciwnikami, ale także z urazem barku. W całym meczu spudłował 14 z 23 rzutów i choć zwykle ucieka od rozmów na temat swojego zdrowia, dziś przyznał:

Trudno było mi oddawać dziś rzuty w stylu, w jakim zwykle to robię. Ale to żadna wymówka. Jestem po prostu zadowolony ze zwycięstwa.

Rockets są na piątym miejscu w Konferencji, a streak Hardena służy całej drużynie. Bilans 30 ostatnich spotkań to 21-9 na korzyść ekipy Mike’a D’Antoniego. Kiedy James po raz ostatni nie osiągnął trzydziestki (de facto 29 punktów przeciwko Blazers 12 grudnia), bilans Rockets wynosił 12-14.

fot. Getty Images/Yahoo!
Czytaj także: Westbrook i George nie zwalniają tempa!