James Harden wyrównał dzisiejszego wieczoru dwa rekordy, a mimo tego on i jego koledzy opuszczali Orlando z nietęgą miną. Dlaczego?

 

Przede wszystkim – Rockets polegli w spotkaniu z Magic, choć jeszcze na 4,5 minuty przed końcową syreną prowadzili 7 punktami. Gospodarze zakończyli spotkanie runem 14:4 i po tym, jak dzień wcześniej pokonali Boston Celtics, na listę pokonanych wpisać mogli także ubiegłorocznych finalistów Konferencji Zachodniej. Co z tym Jamesem Hardenem?

Patrzymy na linijkę JH i widzimy kolejny monstrualny występ – 38 punktów, 12 zbiórek, 9 asyst. Kolejny mecz z minimum 30 punktami na koncie. Gwoli ścisłości – szesnasty taki występ z rzędu. Aby przypomnieć sobie ostatni, a zarazem najdłuższy taki streak odkąd NBA połączyła się z ABA, musimy cofnąć się kilkanaście lat wstecz, do czasów, w których najbardziej zabójczym zawodnikiem w lidze był Kobe.

Imponujące, prawda? Trener Mike D’Antoni, choć wie, że bez Hardena jego zespół tak naprawdę nie istnieje, może jednak mieć do swojego lidera po wczorajszym spotkaniu nieco pretensji. Harden wyrównał bowiem także inny rekord: spudłował aż 16 rzutów za trzy, co od momentu wprowadzenia linii zdarzyło się tylko raz – Damonowi Stoudamire’owi. Przy okazji wyśrubował także własny, niechlubny rekord – najgorszy procent rzutów z dystansu przy minimum 15 próbach.

Co na to sam autor rekordu?

Po prostu nie wpadały.

To oczywiście nie jedyny przypadek, który znamy, kiedy gwiazdor pokroju Hardena pudłuje na potęgę. Podobne mecze w swojej karierze zaliczali choćby Ray Allen (1/14), Dennis Scott (2/17), czy Stephen Curry (0/11). Sam James także ma jednak niemiłe wspomnienia w tym temacie. Podczas meczu numer 3 Finałów Konferencji 2018 spudłował wszystkie 11 prób przeciwko Golden State Warriors. W swojej karierze zaliczył także trzy występy, w których żadna z 10 prób z dystansu nie znalazła drogi do kosza.

Jak jednak skomentował sytuację Mike D’Antoni:

Nie można wymagać od niego, by każdej nocy był nadczłowiekiem.

Życzymy więc Hardenowi odzyskania supermocy w kolejnym meczu i śrubowania własnego rekordu – tego, o którym wspomnieliśmy na początku.

fot. Thearon W. Henderson
Czytaj także: Cavs lepsi od Lakers!