Andre Iguodala gra w tegorocznych play offach jakby czas cofnął się do 2015 roku. W serii z Rockets notował średnio 13,5 punktu na mecz, w międzyczasie spowalniając Jamesa Hardena. Dziś popisał się akcją, która przypieczętowała zwycięstwo Warriors. Czy była zgodna z przepisami?

 

Dubs wyszli na 3-punktowe prowadzenie na kilka sekund przed końcem spotkania. Choć Blazers mieli kilka opcji (McCollum, Curry), chyba każdy przygotował się na to, że piłka trafi w ręce Damiana Lillarda. Podczas gdy komentatorzy spekulowali, czy nie lepiej będzie sfaulować i wysłać go na linię osobistych, zamiast ryzykować trafieniem za trzy, Andre Iguodala przedstawił własny sposób na to, jak go zatrzymać.

Tu z nieco innego ujęcia:

 

 

Po syrenie końcowej Andre szybko pobiegł do szatni i mógł napawać się mianem jednego z bohaterów meczu. Czy jednak w akcji decydującej o losach Game 2 nie było faulu? Z punktu widzenia Damiana Lillarda, nie ma co do tego wątpliwości:

Zdaję sobie sprawę z tego, że to trudna sytuacja do oceny dla sędziów i zagwizdania czegoś takiego w tym momencie meczu. Chciałem zyskać trochę miejsca od początku akcji. Złapał mnie za rękę, a ja zgubiłem piłkę. Odzyskałem ją i chciałem oddać rzut, jednak jego dłoń była już na piłce. Ja czułem tam mnóstwo kontaktu. Ale sędziom trudno podjąć taką decyzję na tym etapie. Więc, cóż, to była dobra obrona.

Trzeba przyznać, że w obliczu takiej stawki meczu, wypowiedź Damiana była bardzo dyplomatyczna. Koniec końców zawodnicy Portland nie mogą mieć pretensji do nikogo prócz siebie. W drugiej połowie ich postawa w defensywie wołała o pomstę do nieba. Blazers pozwalali Dubs na pick&rolle i zbiórki w ofensywie. W ataku mogli liczyć głównie na zmienników. Lillard zakończył mecz z 23 punktami, nie zdobył jednak żadnego w ciągu ostatnich 7,5 minuty. McCollum spudłował kilka ważnych rzutów w końcówce i udany comeback Warriors stał się faktem.

W półfinałach konferencji podopieczni Steve’a Kerra także prowadzili 2-0, by przegrać dwa kolejne mecze w Houston. Czy Trail Blazers są w stanie powtórzyć wyczyn Hardena i spółki? Game 3 w nocy z soboty na niedzielę.

Czytaj także: Curry jest nie z tej ziemi. Oto dowód!