Nie tylko Zion Williamson jest na ustach tych, którzy z zapartym tchem śledzą turniej NCAA. W swoim pierwszym turniejowym występie Ja Morant zanotował triple-double, którego podczas March Madness nie widzieliśmy o d 2012 roku, a jego Murray State sprawiło największą niespodziankę dnia.

 

Choć patrząc na formę obu drużyn w ostatnich dniach, niespodzianka ta widniała tylko na papierze. Rozstawieni z #12 zawodnicy Murray State Racers z łatwością rozprawili się z #5 Marquette Golden Eagles, kontynuując tym samym znakomitą passę z ostatnich tygodni. Steve Wojciechowski, trener Marquette, nie był rozgniewany porażką swoich podopiecznych- znał wartość rywala:

Byliby wystarczająco dobrzy bez niego [Moranta]. Ale z nim na parkiecie, są naprawdę wyjątkowi.

Wielu widzi w 19-latku drugi numer Draftu. W sezonie tak bardzo zdominowanym (zarówno na parkiecie jak i w mediach) przez Ziona Williamsona, gwiazda Moranta nie świeciła na tyle, na ile mogła, jednak pod koniec sezonu nikt nie ma już wątpliwości – mamy do czynienia z wyjątkowym talentem. Ja to jedyny zawodnik w lidze notujący średnio ponad 20 punktów i 10 asyst na mecz. Często porównuje się go do Russella Westbrooka – jest równie dynamiczny i potrafi znajdować partnerów w niemal każdym miejscu na parkiecie.

17 punktów, 11 zbiórek i 16 asyst to pierwsze triple-double na turnieju od 2012 roku. Wtedy to, grając w barwach Michigan State, zaliczył je Draymond Green. To także dopiero 17. triple-double jakie widzieliśmy podczas March Madness. Nie liczby, a styl gry Moranta, robi tu jednak największe wrażenie:

Przed Racers dużo trudniejsze zadanie – w drugiej rundzie zmierzą się z rozstawionymi z czwórką Florida State Seminoles.

fot. Maddie Meyer/Getty Images
Czytaj także: Tragedia Kevina Duranta