Wizards wrócili z dalekiej podróży. Po dwóch porażkach naznaczonych kiepską defensywą, dziś wytrwali do końca w meczu z Chicago. Wytrwali, bowiem Bulls przeprowadzili w końcówce niemal perfekcyjny comeback.

 

Bulls – Wizards 107:112

Do zwycięstwa, lub choćby remisu, zabrakło gościom celnej trójki Jimmy’ego Butlera (28pkt). Butler chwilę wcześniej trafił za trzy, zmniejszając stratę do jednego punktu. Po drugiej stronie parkietu spudłował Bradley Beal (24pkt) i gdy już wydawało się, że Bulls będą mieli realną szansę na odebranie Wizards zwycięstwa, sędziowie gwizdnęli faul Denzela Valentine przy zbiórce. Ostatecznie to właśnie ta akcja odebrała Bulls szansę na zwycięstwo w pierwszym meczu bez Dwyane’a Wade’a.

Po dwóch meczach poślizgu, Wizards wzięli się ostro do roboty i czwartkowy trening poświęcili indywidualnej obronie. Trening opuścił John Wall, nadal odczuwający ból w stopie, po urazie jakiego doznał w meczu z Mavs. Jeśli ktoś jednak martwił się, że nieobecność na treningu będzie problemem, wychowanek Kentucky szybko rozwiał te wątpliwości na parkiecie. W meczu z Bulls, Wall był prawdziwym sercem i mózgiem drużyny. Najlepsze w jego karierze 20 asyst (ostatnia, rekordowa, na minutę przed końcem, do Marcina Gortata) i 4 osobiste trafione w ostatniej minucie meczu były jego drużynie niezbędne do zwycięstwa. John Wall ma w tym sezonie 8 występów z minimum 15 asystami – tylko Russell Westbrook i James Harden mogą pochwalić się lepszą liczbą.

Po raz ostatni gracz Wizards zanotował 20 asyst w 1998 roku. Dokonał tego Rod Strickland przeciwko Golden State Warriors. W tym samym spotkaniu, Tracy Murray rzucił Warriors 50 punktów.

Sprawdź jakie produkty wybraliśmy dla Ciebie!

Rockets – Pelicans 112:128

Kolejny dzień sezonu regularnego, kolejny nieprawdopodobny występ Jamesa Hardena (41pkt/14zb/11as). Tym razem, był to wytęp przyćmiony przez jeszcze lepszą dyspozycję Pelicans. I choć Rockets, tak jak Bulls, próbowali w końcówce odrobić straty, nie zdołali odwrócić losów meczu, w którym niewiele mieli do powiedzenia.

Trudno, by było inaczej, skoro oprócz Hardena, reszta starterów rzucała z 31% skutecznością. Tej nie brakowało Pelicans – gospodarze już w pierwszej kwarcie rzucili Rockets 36 punktów. Pod nieobecność DeMarcusa Cousinsa, z pomocą Anthonemu Davisowi (24pkt/15zb) przyszedł Solomon Hill (30pkt). Hill trafił 6 trójek i był dziś ostoją w ofensywie Pelicans, choć przystępował do meczu ze średnią 6,5 punktu na mecz. Jego skuteczność i agresywna postawa w ataku zmuszała obrońców Rockets do wysyłania go na linię osobistych i skupiania na nim większej uwagi, co zaowocowało również 7 asystami. Pelicans rozegrali jedno z lepszych spotkań w ostatnim czasie. Bez Cousinsa w składzie (odkąd dołączył w lutym) mają bilans 2-0. Dla Hardena było to 6. triple-double z minimum 40 punktami w tym sezonie. Tak, nikt przed nim tego nie dokonał.

Bucks – Lakers 107:103

Działo się w Staples Center. Przez pierwsze dwa kwadranse meczu, Lakers nie mieli odpowiedzi na Giannisa Antetokounmpo (26pkt) Khrisa Middletona (30pkt). Bucks przeważali i na początku trzeciej kwarty mieli już 18 punktów przewagi. Później wydarzył się incydent, który teoretycznie powinien pomóc im w zdobyciu kolejnego, cennego zwycięstwa:

https://www.youtube.com/watch?v=OGysznNVgNc

Jeśli nie wytrwaliście do końca, napiszę tylko, że po tej małej przepychance, do szatni odesłani zostali Greg Monroe, Nick Young (16pkt) D’Angelo Russell (14pkt). Z pozoru więc decyzja na korzyść gości. Tymczasem Lakers, jakby zmotywowani utratą dwójki obrońców, rozpoczęli run, który dał im nadzieję na sukces w czwartej kwarcie. Role się odwróciły i to oni fundowali nam piękną koszykówkę, która poderwała Staples Center:

Gdyby tylko samym potencjałem można było wygrywać mecze. Do zwycięstwa zabrakło niewiele – po efektownym wsadzie Davida Nwaby, na 42 sekundy przed końcem, Lakers tracili do Bucks już tylko 4 punkty. Chwilę później Julius Randle zwieńczył run 7-0 trafionym osobistym i było już 103:100. Na więcej zabrakło jednak czasu. Malcolm Brogdon wykorzystał dwa osobiste, pozostawiając na zegarze tylko 5 sekund. Na parkiecie nie było Tracy’ego McGrady’ego, ani innego magika, który zamieniłby je na punkty potrzebne do zwycięstwa. Lakers czwarty rok z rzędu zostali wyeliminowani z walki o Play Offs. Nigdy wcześniej nie opuścili PO na dłużej niż dwa lata.

Na pozostałych parkietach:

  • Gdyby o mistrzostwie decydowała efektowność, Magic i Suns graliby w Finałach:

    Było na co popatrzeć. Magic przerwali serię 4 porażek z rzędu wygrywając na wyjeździe 109:103

  • Miami Heat wskoczyli do ósemki na koszt Detroit Pistons. Heat pokonali Timberwolves mimo kolejnego świetnego występu Karl-Anthonego Townsa (31pkt/11zb). Pod koszem mieli dziś jednak swoją bestię – Hassan Whiteside zakończył mecz z 23 punktami i 14 zbiórkami na koncie. Pistons polegli u siebie po fatalnej czwartej kwarcie – Raptors zatrzymali ich na zaledwie 9 punktach.
  • W Filadelfii nie tęsknią za Nerlensem Noelem. Sixers pokonali Mavericks różnicą, uwaga, 42 punktów.
  • Celtics bez Isaiaha Thomasa pokonali Nets, 98:95
Czytaj także: Przemek Karnowski stoi przed dużym wyzwaniem!
fot. Geoff Burke
Grzegorz Kordylas