Jeszcze półtora roku temu Jonathon Simmons pożyczał pieniądze na pieluchy dla swoich dzieci. Nie raz zastanawiał się, co jego rodzina zje na obiad. Dziś jest jednym z najważniejszych graczy rotacji Spurs, którzy przygotowują się do zdetronizowania Golden State Warriors z tronu Konferencji Zachodniej.

 

Piąty mecz półfinałów Konferencji Zachodniej. James Harden rozpoczyna kolejną akcję Rockets, którzy są na dobrej drodze do sprawienia największej niespodzianki tej serii i pokonania Spurs w najważniejszym meczu w San Antonio. Tym razem główny kandydat do nagrody MVP pada jednak ofiarą przechwytu Simmonsa, jednego z trzech w meczu, który Spurs koniec końców wygrywają po dogrywce. W kolejnym spotkaniu, Jonathon Simmons zastępuje już kontuzjowanego Kawhi Leonarda w pierwszej piątce i rozgrywa najlepszy mecz w swojej karierze. Pomaga tym samym całej drużynie w awansie do Finałów Konferencji. Trudno uwierzyć, że jeszcze 4 lata temu, ten 27-letni dziś zawodnik musiał zapłacić, by zechciała go oglądać drużyna z D-League, zaplecza NBA.

Wiele historii w NBA chwyta za serce. Spośród graczy z pierwszych stron gazet, którzy zarabiają obecnie na parkiecie miliony dolarów, nie brakuje takich, którzy jeszcze kilka lat temu nie mieli gdzie mieszkać, lub parali się handlem narkotykami. Historia Jonathona Simmonsa, tak jak całe jego życie – kręci się wokół koszykówki. Pochodzący z Texasu Simmons, od najmłodszych lat obserwował, jak w San Antonio rodzi się najbardziej stabilna i jedna z najlepszych organizacji w amerykańskim sporcie.

Gregg Popovich i jego współpracownicy dokładali wszelkich starań, by wśród tysięcy znakomitych zawodników znaleźć tych, którzy idealnie wpasują się w system Spurs. Przez znakomite wyniki osiągane co roku, klub nie miał szans na wysokie wybory w drafcie. Dlatego też, zamiast sprowadzać gwiazdy, Pop wyszukiwał pereł wśród graczy, których konkurencja jakimś sposobem nie zauważyła. Tak do San Anonio trafili Manu Ginobili (57. numer) i Tony Parker (28. pick). Kawhi Leonard, który później został MVP Finałów, wybrany został z 15. numerem przez Indiana Pacers, a Spurs wiele ryzykowali, oddając za niego świetnego rozgrywającego – George’a Hilla.

Sprawdź produkty, które wybraliśmy dla Ciebie!

Podczas gdy Spurs pozyskiwali Leonarda, Jonathon Simmons w sezonie 2011/2012 reprezentował barwy Univerity of Houston. Podczas szkolnych lat nie był prymusem, co w 2008 roku zmusiło go do pójścia do tzw. Junior College (po którym uczniowie otrzymują tytuł Associate – odpowiednik polskiego technika). W mieście Paryż, w Texasie, Simmons radził sobie nieźle, zdobywając 12 punktów na mecz i zgarniając tytuły najlepszego gracza konferencji. Na kolejny rok przeniósł się do Midland College, także w stanie Texas, gdzie po raz kolejny wyróżniał się na parkiecie, co było bodźcem do zapisania się do University of Houston. Uczelnia przyjęła Jonathona, lecz według zasad NCAA, musiał pauzować cały kolejny sezon, by móc powrócić na rozgrywki 2011/2012.

W swoim pierwszym sezonie w Division I rzucał średnio 14.7 punktu na mecz, lecz nie wystarczyło to do przykucia uwagi skautów NBA. Mimo zgłoszenia się do draftu, Simmons nie został wybrany z żadnym numerem. Nie porzucił jednak marzeń o zawodowej grze w kosza. Już w styczniu kolejnego roku grał w nowo powstałej American Basketball League, gdzie w barwach Sugar Land Legends rozegrał 16 spotkań, zdobywając ponad 36 punktów na mecz. Nadal nie był to jednak szczyt jego marzeń.

Przełom nastąpił we wrześniu 2013 roku. Simmons zapisał się na testy do Austin Toros, za które musiał wyłożyć 150 dolarów z własnej kieszeni. Wreszcie został zauważony – Toros, którzy wkrótce zmienili nazwę na Spurs i stali się zapleczem dla drużyny z San Antonio, podpisali z nim kontrakt i rozegrał w ich barwach dwa pełne sezony. Nie było jednak łatwo. Pensja w D-League nie pozwala na dogodne życie, zwłaszcza, gdy musisz dopiero zapracować na szacunek trenerów i uwagę opinii publicznej. Między meczami, Simmons pracował na etat, zajmował się czterema córkami i poważnie rozważał zakończenie koszykarskiej kariery. Zanim tak się stało, postanowił wziąć udział w lidze letniej NBA w Orlando. W swoje szeregi wcielili go Brooklyn Nets, w barwach których zagrał trzy spotkania. Gdy wsiadał do autobusu na Florydzie, zadzwonił jego agent, by poinformować go, że jego życie właśnie wywróciło się do góry nogami.

San Antonio Spurs zaoferowali mu dwuletni kontrakt. Bardzo chcieli, by Jonathon Simmons potwierdził pokładane w nim nadzieje i zagrał dla nich w lidze letniej w Las Vegas. 25-latka nie trzeba było przekonywać, że to jego życiowa szansa. Simmons zjawił się w Nevadzie i zdominował cały turniej, zgarniając nagrodę MVP i prowadząc Spurs do mistrzostwa, rzucając 23 punkty w finałowym meczu. Dwa dni później był już oficjalnie graczem NBA.

Później sprawy potoczyły się już bardzo szybko. W swoim pierwszym sezonie w NBA rozegrał 55 meczów i od razu dało się zauważyć jego umiejętności w obronie. Podczas meczów z Golden State krył Stephena Curry’ego. Mało kto spodziewał się, że 26-letni debiutant będzie potrafił dotrzymać tempa największym gwizdom tej ligi. Prawdziwy przełom przyszedł jednak wraz z początkiem obecnych rozgrywek. Po tej akcji w meczu inaugurującym sezon 2016/2017, nikomu nie trzeba było już przedstawiać tajnej broni Gregga Popovicha:

Przewijamy w przód: Simmons zastępuje Leonarda w pierwszej piątce szóstego meczu przeciwko Rockets. Rzuca 18 punktów i jest zmorą dla Jamesa Hardena. The Beard trafia w tym spotkaniu zaledwie 2 z 11 rzutów z gry, a Rockets przegrywają u siebie 39 punktami. Czas na Golden State Warriors. Kawhi Leonard najprawdopodobniej wróci na pierwszy mecz serii, ale możemy być pewni, że Simmons nie będzie grzał ławki i przyglądał się z boku. W drużynie, która trzeci rok z rzędu zakończyła sezon regularny z najlepszym wynikiem w lidze jest wielu graczy, którzy potrzebują specjalnego traktowania w obronie. Jonathon Simmons po raz kolejny ma szansę stać się x-factorem serii, która będzie wymagała od Spurs jeszcze więcej wysiłku.

W wywiadach, które udziela co raz częściej, sam przyznaje, że ostatnie lata nauczyły go przede wszystkim pokory. Mimo niebywałego talentu, koszykówka przez długi czas nie zapewniała mu dogodnego życia. Oglądając go w akcji, widzimy, że każdą minutę spędzoną na parkiecie traktuje śmiertelnie poważnie. Nie odpuszcza ani na chwilę, a na jego twarzy nie widać strachu, choć w swojej krótkiej karierze stawał już na przeciwko najlepszym zawodnikom na świecie. Jeśli potrafił jednak pogodzić karierę koszykarską z pracą na etat i zajmowaniem się rodziną, czy ma powody, by bać się graczy, których zapędy w ataku potrafi ograniczać jak mało kto?

Wiele wskazuje na to, że Jonathon Simmons zarobi po tym sezonie bardzo dużo pieniędzy. Jednego możemy być jednak pewni – nie zmienią one jego nastawienia do gry. Gry, która przez całe życie jest jego pasją i ma dla niej szacunek, którego wielu zawodnikom w dzisiejszych czasach brakuje.

Zobacz także: Najnowsza Przerwa na Żądanie EXTRA! 
fot.Jason Miller
Grzegorz Kordylas
@NBAwithGK