Debiut Ziona Williamsona w NCAA nie przeszedł bez echa. Prawdę mówiąc, przyćmił wczoraj większość sportowych wydarzeń w USA. Nic dziwnego – jego Duke Blue Devils zdominowali podopiecznych Johna Calipariego z Kentucky, a Zion robił na parkiecie dokładnie to, czego od niego oczekiwaliśmy.

 

A nawet więcej:

Blue Devils pokonali notowanych wyżej Wildacts aż 118:84, absolutnie dominując na parkiecie. Do spółki z Williamsonem, który w swoim debiucie rzucił 28 punktów, błyszczał inny freshman, R.J. Barrett. O dominacji zespołu z Północnej Karoliny niech świadczy fakt, że sami tylko pierwszoroczniacy w ich składzie rzucili więcej punktów, niż cała drużyna Kentucky.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

Pod wrażeniem nowych podopiecznych Mike’a Krzyzewskiego byli wszyscy. Steve Kerr poszedł o krok dalej i, oczywiście nie jako pierwszy, porównał Ziona do LeBrona Jamesa. Restrykcyjne zasady NBA zakazują dyskusji o zawodnikach z NCAA, to też w swojej wypowiedzi trener Warriors był ,,bardzo” ostrożny.

Widziałem wczoraj w akcji pewnego dzieciaka z Duke. Mój boże. Nie mogę powiedzieć o nim nic więcej, ani przywołać jego imienia. Myślałem, że LeBron to zawodnik, który zdarza się tylko raz na całe życie, ale widocznie następny jest już w kolejce. Zanim zostanę ukarany, przejdźmy do następnego tematu.

Choć rok w rok do NBA dołączają talenty jedyne w swoim rodzaju, o żadnym zawodniku nie było głośno tak długo przed dołączeniem do ligi. Już w liceum Zion dał się poznać jako przyszła supergwiazda, jego profil na Instagramie śledzi 1,8 miliona użytkowników, a sam zawodnik ma już za sobą nawet okładkę w magazynie SLAM.

fot. Brian Spurlock-USA TODAY Sports
Czytaj także: Draft do ASG będzie transmitowany na żywo!