Po raz dziewiąty z rzędu Toronto Raptors przegrali pierwszy mecz Play Offów. Tysiące ludzi w (i przed) Air Canada nie pomogło przezwyciężyć złej passy, jaka krąży nad Toronto od lat. Bucks wyszli cało z opresji, rozgrywając niemal perfekcyjny mecz w obronie.

 

Bucks – Raptors 97:83 (1:0)

Atmosferę Play Offs czuć było z Toronto na odległość kilku tysięcy kilometrów. Kibice Raptors jak zwykle nie zawiedli – było głośno za każdym razem, gdy tylko DeMar DeRozan (27pkt) lub któryś z jego kolegów umieścili  piłkę w koszu. Niestety dla Toronto – takich sytuacji, zwłaszcza w drugiej połowie spotkania, było jak na lekarstwo.

Przez pierwsze trzy kwarty sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Zaczęli Bucks, na czele z Giannisem Antetokounmpo (28pkt), który o swoim ostatnim występie w Play Offs wolałby zapomnieć.  Dwa lata temu w pierwszej rundzie PO, Bucks również walczyli z pozycji underdoga, tyle że przeciwko Bulls. I choć przez pierwsze 5 spotkań dotrzymywali Bykom tempa, w szóstym meczu Giannis rzucił pięć punktów, a Bucks przegrali 66:120 (u siebie). Od tamtego czasu wiele się jednak zmieniło.

Raptors wrócili w drugiej odsłonie, choć problemy ze skutecznością przez cały czas miał Kyle Lowry (4pkt). Taki stan rzeczy utrzymał się z resztą do końca. DeRozan miał jednak wsparcie w Serge’u Ibace (19pkt/14zb/3blk), który rozegrał świetną pierwszą połowę po obu stronach parkietu. Odkąd dołączył do Raptors, ci mogą pochwalić się z resztą jedną z najlepszych defensyw w lidze. To by było jednak na tyle, jeśli chodzi o jasne punkty Raptors w tym meczu. Podopieczni Dwane Caseya prowadzili do przerwy pięcioma punktami, ale to, co najgorsze, było dopiero przed nimi.

Przez  resztę wieczoru Raptors rzucili bowiem 32 punkty. Jason Kidd tak pokierował swoją drużyną, że ta rozegrała jeden z najlepszych meczów w defensywie w tym sezonie. Bucks mogli liczyć dziś także na swoich debiutantów. W trzeciej kwarcie, w której minut Giannisa były mocno ograniczone, z doskonałej strony pokazali się Malcolm Brogdon (16pkt) Thon Maker. Ten drugi, już na samym jej początku dał o sobie znać dwóm gwiazdorom Raptors. Zwłaszcza Kyle Lowry wybił sobie z głowy trafianie po tej akcji:

Bucks zatrzymali Raptors na 20% skuteczności w drugiej połowie. Gospodarze trafili w niej zaledwie 7 (!) rzutów z gry. DeRozan i Lowry spudłowali łącznie 25 rzutów, ale nie ma się co dziwić. W końcu, jeśli nie oni, to kto będzie zdobywał punkty dla Toronto? Bez Lowry’ego Raptors sobie już w tym sezonie radzili, potrzebowali jednak do tego niemal bezbłędnych występów DeRozana. Kiedy temu nie idzie, cała drużyna popada w tarapaty. Bucks wyłączyli wczoraj w defensywie właściwie wszystkich graczy Toronto. Ci przez cały mecz trafili tylko pięć trójek i choć goście również nie trafiali  seryjnie z dystansu, nadrabiali bliżej kosza. Tym samym przerwali swoją, jeszcze gorszą, serię 17 porażek z rzędu w Game 1. Ta seria sięga 1983 roku. Raptors nie są więc w tym jeszcze tacy źli. (No dobra, są.)

Game 2 w nocy z wtorku na środę. Tym razem to podopieczni Dwane Caseya mają sporo do udowodnienia. Przewaga parkietu póki co przeminęła. Ale spokojnie. Nie z takich tarapatów Raptors w Play Offs wychodzili.

Pozostałe mecze:

Cavs wygrywają Game 1! 
Joe Johnson zszokował Clippers!
fot. raptorsrepublic.com
Grzegorz Kordylas
@NBAwithGK