Nie LeBron James, a inna dwójka graczy pierwszego składu Lakers nie wybiegnie już na parkiet w tym sezonie. Po tym, jak klub ogłosił, że minuty Jamesa zostaną ograniczone, okazało się, że przed Lukiem Waltonem dużo trudniejszy orzech do zgryzienia.

 

Choć awansu do play offs nikt Jeziorowcom nie wróży, trener Walton zrobiłby wszystko, by uratować honor drużyny przynajmniej dobrymi występami w końcówce sezonu. Będzie to jednak trudniejsze niż się wydawało. Lakers do końca rozgrywek nie będą mogli liczyć na Lonzo Balla i Brandona Ingrama. Ten pierwszy skręcił kostkę w styczniu i do tej pory nie pojawił się na parkiecie. Kilka dni temu pojawiły się szanse na to, że lada moment wróci do gry. Po sobotnim meczu z Boston Celtics 21-latek znów spotkał się z lekarzami, którzy stwierdzili, że zawodnik zrobił spory progres, lecz potrzebuje jeszcze co najmniej 2 tygodni rehabilitacji. Przed nami ostatni miesiąc rozgrywek – ryzykowanie zdrowiem Balla byłoby głupotą ze strony klubu.

Od 3 spotkań nieobecny w składzie Lakers jest także Brandon Ingram. Wieści o jego absencji do końca rozgrywek (do tej pory grał w każdym meczu tego sezonu) są jeszcze bardziej zaskakujące. To, co początkowo nazywane było kontuzją ramienia, okazało się zakrzepicą żył, która wyklucza 21-latka z dalszej gry.

Problem z zakrzepami może kojarzyć się fanom NBA z Chrisem Boshem. Były skrzydłowy Heat i Raptors musiał zakończyć przez nie sportową karierę.

Od przerwy na All-Star Weekend, Ingram rzucał średnio 27 punktów na mecz i trafiał 57% swoich rzutów.

Rajon Rondo przyznał, że w swojej karierze nie grał jeszcze w drużynie tak bardzo naznaczonej kontuzjami. Czy kontuzje to główna przyczyna problemów Lakers w tym sezonie? Kiedy na parkiecie stawiali się James, Ball i Ingram, Lakers wygrali 15 z 23 rozegranych spotkań. Kiedy nie gra choć jeden z nich, ich bilans to 15-28.

fot. Kyle Terada-USA TODAY Sports
Czytaj także: Towns skuteczny i…kontuzjowany