W cieniu triple-double LeBrona Jamesa i powrotu Dwyane Wade’a do Miami, Damian Lillard zaliczył jeden z najlepszych występów w tym sezonie. Dame Dolla dołączył do CJ McColluma i Jamesa Hardena i jako trzeci zawodnik w tym sezonie uzbierał 50 punktów w ciągu zaledwie trzech kwart.

 

Portland Trail Blazers – Sacramento Kings 118:100

Terry Scotts nie skorzystał z usług Lilarda w czwartej kwarcie, w której Blazers utrzymywali się na wysokim prowadzeniu. Jeszcze na 4 minuty przed końcem trzeciej kwarty Kings przegrywali tylko 3 punktami i nic nie wskazywało na to, że Lillard wkrótce uda się na odpoczynek. Zanim do tego doszło, Damian przejął mecz i skompletował 22 punkty w samej tylko trzeciej odsłonie. Po raz czwarty w karierze dobił do pięćdziesiątki i śmiało mógł wyśrubować swój rekord kariery. Po meczu przyznał jednak, że nie ma za złe trenerowi, że ten pozostawił go na ławce:

Widziałem, że prowadzimy 20 punktami i pomyślałem: ,,Ok, jeśli to prowadzenie się utrzyma, to nie ma powodów, żebym wrócił na parkiet”. Wolałem pozostać przy 50 i mieć pewność, że wygramy, niż wyjść tam i starać się za wszelką cenę rzucić ponad 60. To mogłoby przynieść pecha.

Trener Blazers nie może narzekać na swoich obwodowych. W zeszłym tygodniu niemal identycznym występem popisał się CJ McCollum, który 31. stycznia także rzucił 50 punktów w 29 minut. CJ miał jednak lepszą skuteczność – 18/25 przy 16/26 z gry Damiana Lillarda.

Jedynym zawodnikiem spoza Portland, który popisał się podobnym występem w tym sezonie był nie kto inny jak James Harden.

Blazers są obecnie na 5. miejscu w tabeli Konferencji Zachodniej i mają dokładnie taki sam bilans jak Oklahoma City Thunder (31-25). Z podopiecznymi Billy’ego Donovana, Lillardowi i spółce przyjdzie zmierzyć się w przyszłą sobotę.

Grzegorz Kordylas
Czytaj także: 19 asyst LeBrona!