Panowie byli poprzedniej nocy absolutnie zjawiskowi, a starcie pomiędzy Golden State Warriors i Minnesotą Timberwolves jednym z najciekawszych. Koniec końców GSW musieli uznać wyższość rywala, ale nie mają się czego wstydzić.

Gospodarze musieli się naprawdę ciężko napracować, by mimo znakomitej dyspozycji D’Angelo Russella, przechylić wagę zwycięstwa na swoją stronę. W samej końcówce to Andrew Wiggins, którego forma na przestrzeni ostatnich tygodni wyraźnie poszybowała w górę, trafił próbę dającą Wolves remis. Ten z kolei doprowadził do dogrywki, na którą zdecydowanie więcej sił zachowali podopieczni Ryana Saundersa. Russell miał szansę wygrać ten mecz dla swojej drużyny przed końcem czwartej kwarty, ale jego próba za trzy okazała się nieskuteczna. W dogrywce z kolei, na 23 sekundy przed końcem gwóźdź do trumny rywala przybił Wiggins. Leśne Wilki wygrały 125:119.

Dynamiczny, widowiskowy i pełen emocji mecz, w którym oglądaliśmy graczy stanowiących przyszłość tej ligi. D’Angelo skończył z linijką 52 punktów (19/39 FG, 7/17 3PT), 9 zbiórek, 5 asyst, 3 przechwytów i 2 bloków. Pod nieobecność Stephena Curry’ego i Draymonda Greena będzie chciał wejść w buty lidera i utrzymać Warriors w walce o play-offy zachodu. Przed nim jednak niezwykle trudne zadanie. Wiggins tej nocy odpowiedział mu 40 punktami (17/33 FG, 2/7 3PT), 5 zbiórkami, 7 asystami i 3 blokami. Właśnie takiej gry oczekiwano od Kanadyjczyka sezon temu i dwa sezony temu. Od tego, czy będzie w stanie utrzymać taką dyspozycję zależy jego przyszłość w T-Wolves.

Zobacz także: Życie po Kawhim
fot. ca.nba.com
Michał Kajzerek
@mkajzerek