To prawdopodobnie była tylko kwestia czasu. James Harden przyjechał do Nowego Jorku po zwycięstwo i – jak się okazało – nowy rekord kariery. Wydarzenie uświetniło fakt, że to wcale nie był blow-out na New York Knicks.

 

To bez wątpienia jeden z najbardziej zjawiskowych strzelców w historii koszykówki. Poprzedniej nocy wyrównał rekord Kobego Bryanta z Madison Square Garden prowadząc Houston Rockets do kolejnego zwycięstwa. Na 3,8 sekundy przed końcem Harden trafił lay-up po stracie Knicks i Rox wygrali 114:110. Ostatnie punkty, które pozwoliły mu przekroczyć granicę 60 oczek i przypieczętowały zwycięstwo gości. Dzień wcześniej Harden w rozmowie z dziennikarzami przyznał, że nadal czeka na “swój moment” w Madison Square Garden. Zatem szczególnie mu zależało, by uczynić tą noc wyjątkową. Rekordu Carmelo Anthony’ego jednak nie pobił (62).

Pamiętajcie, że pod tym linkiem mamy dla Was kod na dodatkowe -20% na Nike.com!

Kibice nie do końca wiedzieli, jak mają na Hardena reagować. Gdy łapał faul to buczeli, ale gdy trafiał punkty z gry to pojawiały się okrzyki radości. Dla gospodarzy to już siódma porażka z rzędu. Harden skończył ostatecznie z dorobkiem 61 punktów (17/38 FG, 5/20 3PT, 22/25 FT), 15 zbiórek, 4 asyst i 5 przechwytów. Rockets w całym meczu trafili tylko 11/44 z dystansu. Po stronie Knicks wyróżniał się pierwszoroczniak Allonzo Trier, który skończył z 31 oczkami (12/18 FG, 2/4 3PT), 10 zbiórkami i 3 asystami. Widowisko dostarczyło kibicom w MSG konkretnych emocji. Na minutę przed końcem sędziowie wyrzucili Davida Fizdale’a, który miał problem z kilkoma decyzjami.

Zobacz także: Ludzie tu się chcą bić
fot. Thearon W. Henderson
Michał Kajzerek
@mkajzerek