LeBron James i spółka przyjechali do Bostonu, by odkuć się po blamażu z ostatniego meczu. Los Angeles Lakers ostatecznie nie dokonali wzmocnień podczas finałowych godzin zimowego okienka, a to oznacza, że LBJ musi po prostu zaakceptować rzeczywistość.

 

Kilka godzin po zamknięciu okienka Los Angeles Lakers mierzyli się w TD Garden z Boston Celtics. Ekipa Brada Stevensa wygrała pięć poprzednich meczów, więc przystępowała do rywalizacji w roli faworyta. Gdy C’s w drugiej kwarcie wyszli na prowadzenie 53:35 wiele wskazywało na to, że będzie to spotkanie do jednego kosza. Los Angeles Lakers udało się jednak podnieść z kolan i rzucić rywalowi wyzwanie. Druga połowa była już nieustającą wymianą ciosów. Wszystko sprowadziło się do ostatniego posiadania, w którym o zwycięstwie Lakers miał zdecydować gracz, który 11 lat wcześniej świętował z Celtics swój największy sukces.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

Po trafieniu Irvinga Celtics prowadzili 128:127 na 11 sekund przed końcem. Najpierw Brandon Ingram próbował wjechać pod kosz i zakończyć akcję na obręczy, ale Al Horford zablokował jego próbę. Piłka na parę sekund przed końcem znalazła się w rękach Rajona Rondo, który wypuścił rzut z półdystansu i zakończył mecz buzzer-beaterem. Co za powrót! Wcześniej za kołnierz Lakers ciągnął LeBron James notując na swoje konto triple-double. LBJ skończył z dorobkiem 28 punktów (11/21 FG, 5/10 3PT), 12 zbiórek, 12 asyst i 3 przechwytów. 25 oczek z 21 rzutów Kyle’a Kuzmy. Jeziorowcy nadal gonią za play-offami. Jamesowi nie pozostało nic innego, jak uwierzyć w grupę, którą dysponuje.

Zobacz także: Znamy składy na ASG!
fot. Stephen R. Sylvanie-USA TODAY Sports
Michał Kajzerek
@mkajzerek