Początkowo Ben Simmons był wściekły na kibiców Philadelphii 76ers. Nie podobał mu się fakt, że już w pierwszym meczu tak źle zareagowali na ich słabą grę. Zreflektował się, przeprosił i wyszedł na parkiet w meczu nr 2 jako zupełnie inny zawodnik.

 

Dla super-talentu z Australii gra w koszulce drużyny z Filadelfii nie jest wcale taka prosta. Ben Simmons był przedstawiany jako talent na miarę LeBrona Jamesa. Tymczasem jego dwa pierwsze lata w NBA upłynęły pod znakiem szukania miejsca i mozolnego rozwijania swojej gry. W meczu otwierającym serię z Brooklyn Nets brakowało mu agresji. Rezygnował z wykorzystania swoich przewag, zbyt często szukając podań do kolegów. Poprzedniej nocy oglądaliśmy już coś zupełnie innego. Simmons skończył zawody z triple-double, a Philadelphia 76ers w trzeciej kwarcie rozbiła rywala na strzępy budując bardzo wysoką przewagę.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

Gospodarze ostatecznie wygrali 145:123 i wyrównali stan rywalizacji. Kolejne dwa mecze odbędą się w Barclays Center i wiemy już, że seria na pewno wróci na starcie nr 5 do Miasta Braterskiej Miłości. Simmons był poprzedniej nocy generałem. Skończył zawody z dorobkiem 18 punktów (8/12 FG), 10 zbiórek, 12 asyst i 2 przechwytów. Otrzymał także solidne wsparcie od Joela Embiida, który tym razem selektywniej podchodził do swoich rzutów i nie forsował na siłę trójki. Wysoki dołożył do dorobku swojej drużyny 23 oczka (8/12 FG, 7/8 FT). Nets próbowali zarzucać rywala na śmierć i skończyli z przyzwoitym 15/36 3PT. To jednak nie wystarczyło.

Zobacz także: Bójka w… 2K League
fot. USA Today
Michał Kajzerek
@mkajzerek