Vince Carter to niekończąca się opowieść o wielkim koszykarzu, który nawet w przededniu końca swojej kariery jest w stanie decydować dla swojej drużyny o zwycięstwach. To coś absolutnie wyjątkowego.

 

Poprzedniej nocy Atlanta Hawks rozgrywała ostatni z siedmiu wyjazdowych meczów z rzędu. W Waszyngtonie mierzyli się z miejscowymi Wizards, którzy nadal bardzo poważnie myślą o awansie do play-ofów. W tym momencie zajmują 10. miejsce w konferencji i mają realne szanse. Potrzebują tylko wygrywać z teoretycznie słabszymi od siebie rywalami. Hawks natomiast – wbrew pozorom – są drużyną, której grę ogląda się całkiem przyjemnie. Fantazja młodzieży równoważy się z doświadczeniem weteranów i choć większość meczów przegrywają, zawsze są gotowi podjąć walkę. Wyjazdowa seria była dla nich wyjątkowo udana, bo wygrali cztery z siedmiu spotkań. Poprzedniej nocy 137:129.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

W pierwszej połowie przeciwko Wizards prowadzili już 19 punktami. Nie byli mimo wszystko w stanie utrzymać wysokiego prowadzenia i w drugiej połowie za sprawą kilku strzelb Wiz wrócili do gry zamykając niemal całą stratę. Wtedy właśnie na parkiecie pojawił się Vince Carter, który trafił swoje pierwsze trzy rzuty z gry i w szesnaście minut zanotował 16 punktów (6/8 FG, 4/6 3PT) pomagając Hawks utrzymać przewagę. Dokładnie tego typu wsparcia potrzebujesz od weterana, gdy zespół zaczyna zmierzać w złą stronę. 21 oczek z 10 rzutów dołożył Taurean Prince i kolejne 19 oczek (5/7 3PT) pierwszoroczniaka Kevina Huertera. Hawks skończyli mecz z 20/41 z dystansu.

Zobacz także: Blazers wzmocnili front-court
fot. Dale Zanine-USA TODAY Sports
Michał Kajzerek
@mkajzerek