Myśleliście, że się skończył, a on miał jeszcze jedną niespodziankę. Derrick Rose od początku sezonu prezentował niezłą formę. Eksplodował poprzedniej nocy rzucając przeciwko Utah Jazz aż 50 punktów. Kto by się spodziewał.

 

Wielu powtarzało, że to nie ma prawa się wydarzyć. Derrick Rose po takich problemach nie może wrócić do gry na najwyższym poziomie i stanowić realne wzmocnienie rotacji. Poza tym jego styl przestał pasować do nowoczesnej koszykówki. Nie ma rzutu za trzy punkty, na którym mógłby się oprzeć i czasami zaniedbuje obowiązki w defensywie. Siłą rzeczy został odsunięty na boczny tor. Tymczasem rozgrywki 2018/2019 rozpoczął wypoczęty i przede wszystkim zdrowy. Tom Thibodeau nie mógł się D-Rose’a nachwalić. Tak dotarliśmy do meczu z Utah Jazz, bardzo trudnego starcia Wolves na własnym parkiecie, które przeciągnęło się do ostatnich sekund.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

Rose pod nieobecność Jimmy’ego Butlera, który sam postanowił, że w ramach protestu po prostu nie zagra, wziął na swoje barki dużą część odpowiedzialności i zdołał ją udźwignąć. Wolves wygrali 128:125, a Derrick skończył mecz z linijką 50 punktów (19/31 FG, 4/7 3PT, 8/11 FT), 4 zbiórek, 6 asyst, przechwytu i 2 bloków. To najlepszy punktowy wynik w jego karierze. W absolutnie genialny sposób przypomniał o sobie całej koszykarskiej społeczności. Gdyby nie te wszystkie urazy, Rose powinien być aktualnie w najlepszym momencie kariery, powinien walczyć ze swoimi Bykami w czołówce wschodu. Przypomniał nam, że szkoda, iż tak to się dla niego potoczyło. Fajnie, że mogliśmy go znowu zobaczyć w takiej dyspozycji. Prosimy o więcej.

Zobacz także: Suns uhonorują Manu
fot. Brace Hemmelgarn-USA TODAY Sports
Michał Kajzerek
@mkajzerek