Jeszcze rok temu cała jego przyszłość w NBA stała pod znakiem zapytania. Teraz Pascal Siakam wygrał dla Toronto Raptors pierwszy mecz finału z Golden State Warriors. Gospodarze wykorzystali fakt, że mistrzowie z Oakland długo nie grali w kosza.

 

W poczynaniach mistrzów było widać wiele niepewności od samego początku. Brak meczowego rytmu sprawił, że nie byli w stanie na żadnym etapie spotkania kontrolować jego przebiegu, co z pewnością zaskoczyło ich samych. Raptors zbudowali przewagę w pierwszej kwarcie i trzymali ją na granicy kilku/kilkunastu punktów do samego końca. Na każdy zryw Golden State Warriors, podopieczni Nicka Nurse’a mieli odpowiedź, czy to rozrzuceniem piłki na obwód, czy agresywną penetracją. Zagrali naprawdę kompleksowy mecz po obu stronach parkietu. I w tym wszystkim nie wyróżniał się Kawhi Leonard, Kyle Lowry, czy Marc Gasol – liderzy. Wyróżniał się ten, który poczynił w sezonie największy postęp.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

Golden State Warriors nie mieli w obronie żadnej odpowiedzi na Pascala Siakama. Ten znakomicie poruszał się bez piłki i podejmował trafne decyzje rzutowe. Swoje zostawił także w obronie, skutecznie ograniczając przestrzeń całej ofensywie mistrzów. Raptors wygrali 118:109, a Siakam skończył mecz z dorobkiem 32 punktów (14/17 FG, 2/3 3PT, 2/2 FT), 8 zbiórek, 5 asyst, przechwytu i 5 bloków. Wymarzona linijka, jak na wielki finał NBA młodego gracza. 5/14 z gry mocno odcinanego przez obronę GSW Kawhiego Leonarda. Na parkiecie zameldował się DeMarcus Cousins, lecz nie był w stanie zrobić większej różnicy. Wszystko również wskazuje na to, że odnowił się uraz łydki Andre Iguodali. Jego dalsza gra w tej serii stoi pod znakiem zapytania.

Wózek dla Golden State ciągnął Stephen Curry kończąc z 34 oczkami (8/18 FG, 4/9 3PT, 14/14 FT), 5 zbiórkami i 5 asystami. Drugi mecz także w Toronto i Raptors stoją przed wielką szansą na wykorzystanie przewagi własnego parkietu.

Zobacz także: CP3 na sprzedaż
fot. Patrick Gorski-USA TODAY Sports
Michał Kajzerek
@mkajzerek