Karl-Anthony Towns cały czas walczy z ligą o uznanie jego wartości. To gracz posiadający talent na miarę Giannisa Antetokounmpo i Kristapsa Porzingisa, ale można było odnieść wrażenie, że do tej pory dwójka liderów Bucks i Knicks była stawiana wyraźnie nad nim.

 

Czy słusznie? Poprzedniej nocy Karl-Anthony Towns niemal w pojedynkę rozbił Golden State Warriors. Zespół mistrzów w drugim meczu z rzędu grał bez Stephena Curry’ego i odniósł drugą porażkę. W międzyczasie Houston Rockets rozbili na wyjeździe Dallas Mavericks i umocnili się na pozycji lidera zachodniej konferencji. Curry skręcił prawą kostkę w starciu z San Antonio Spurs i trudno powiedzieć, kiedy będzie gotowy do powrotu. Młode Wilki poprzedniej nocy wyczuły szansę i rzuciły się na mistrzów ze zdwojoną siłą. Wolves także potrzebują zwycięstw, ponieważ cały czas walczą o jak najlepsze miejsce w play-offach.

Zobacz produkty, które wybraliśmy dla Ciebie!

Poprzedniej nocy zwycięstwo zagwarantował im Towns. W samej czwartej kwarcie środkowy zanotował 14 oczek, a mecz skończył z linijką 31 punktów (13/24 FG. 2/5 3PT) i 16 zbiórek. Na pięć minut przed końcem finałowej 12-stki, Towns trafiał kosz za koszem zabezpieczając swój zespół przed próba powrotu Warriors. Jedyną szansą dla gości był Kevin Durant, ale jego 39 oczek (11/32 FG, 5/12 3PT, 12/12 FT), 12 zbiórek, 4 asysty i 3 bloki ostatecznie nie zrobiły różnicy. Tymczasem Towns po raz kolejny potwierdza, że ma wystarczająco dużo talentu, by być dla Wolves franchise-playerem. Porażka Pelicans pozwoliła Wolves zbliżyć się do czwartego miejsca, czyli ewentualnej przewagi parkietu w pierwszej rundzie play-offów.

Zobacz także: Powrót Leonarda?
fot. Noah Graham
@mkajzerek
Michał Kajzerek