Każdy kolejny mecz jest dla Los Angeles Clippers walką o życie. Na ogonie mają głodną zwyciężania młodzież z Sac-Town i LeBrona Jamesa, który nie powiedział ostatniego słowa. Poprzedniej nocy gracze Doca Riversa wrócili z martwych.

 

Detroit Pistons trafili osiem trójek w pierwszej kwarcie i na pewnym etapie drugiej ich prowadzenie wzrosło do 25 oczek. Poza regularnym zastrzykiem produktywności od Blake’a Griffina, Tłoki korzystały także z wyjątkowo dobrej dyspozycji Reggiego Jacksona, który koniec końców zanotował 29 punktów. Doc Rivers w trakcie pierwszych pięciu minut kwarty otwierającej spotkanie, trzykrotnie brał przerwę na żądanie wściekając się na brak zaangażowania swoich podopiecznych. W efekcie Marcin Gortat zagrał tylko 4 minuty. Sytuacja zaczęła się dla gości zmieniać dopiero po przerwie. Na przełomie trzeciej i czwartej kwarty do głosu doszedł fantastyczny w tym meczu Lou Williams.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

Jego 16 punktów z rzędu pozwoliło wrócić Clippers do gry. Szala bardzo wyraźnie przechyliła się na stronę ekipy z LA, bo gdy na zegarze zostało 4 minuty, goście prowadzili już 11 punktami. Detroit Pistons w żaden sposób nie potrafili sobie poradzić z narzuconą przez rywala intensywnością. Williams skończył mecz z dorobkiem 39 punktów (13/26 FG, 2/4 3PT, 11/11 FT), 3 zbiórek oraz 9 asyst. Jest w tym momencie najlepszą definicją sixth-mana w lidze i prawdopodobnie nikt mu już tego wyróżnienia nie odbierze. Do rywalizacji stanął Derrick Rose, ale wykluczyły go problemy z kostką. Clippers wygrali 111:101.

Zobacz także: Lakers przejechali się po Warriors
fot. Kevork Djansezian
Michał Kajzerek
@mkajzerek