Trener z wizją – jest. Franchise player – obecny. Atmosfera w drużynie, której reszta ligi może pozazdrościć – z tego słyną. Memphis Grizzlies wydają się mieć wszystko, by w najbliższych latach na dobre zagościć w czołówce konferencji zachodniej.

 

Take that for data

Od tego wszystko się zaczęło. Ale czy na pewno? Trener David Fizdale zwrócił na siebie uwagę opinii publicznej po wystąpieniu, które kosztowało go (lub jego graczy) 30 000$. Odważył się wtedy skrytykować sędziów, ich podejście do nietykalnego do tej pory Gregga Popovicha i pobłażanie Kawhi Leonardowi. Wszystko to w ciągu kilku minut tyrady, po której więcej osób i tak go wspierało, niż za nią ganiło.

Na jego charakterze i woli wygrywania, w Memphis poznali się dużo wcześniej.

Już na pierwszej sesji treningowej, pod koniec sierpnia, gdy część graczy wciąż żyła minionym latem, Fizdale nie dawał nawet odrobiny wytchnienia, testując każdego, kto na pierwszych powakacyjnych zajęciach postanowił dać sobie jeszcze trochę forów. ,,Co to ma być do cholery? Trening się nie skończył! Ćwiczymy rzuty, które mogą przytrafić wam się podczas meczu. Rzuty, które mogą zadecydować o mistrzostwie”. Mistrzostwo. Słowo, którego w Memphis nie używa się często. Nic dziwnego. Od 1995 roku, gdy w Vancouver powstała organizacja Grizzlies, poprzez rok 2001, gdy przeniosła się do Memphis, na próżno szukać w jej historii większych sukcesów. Nie zaznali tu mistrzostwa NBA, mistrzostwa konferencji, ani nawet mistrzostwa dywizji, zdominowanej przez Spurs i Mavericks. Ale David Fizdale, jak mało kto, od początku współpracy z klubem nastawiony był na sukces. Zdążył się do niego przyzwyczaić. Od 2008 roku pełnił funkcję asystenta Erika Spoelstry w Miami Heat. W tym czasie przez klub przewinęli się LeBron James i Chris Bosh, a Fizdale i Spoelstra mieli okazję prowadzić zespół w czterech finałach NBA z rzędu, wygrywając dwa z nich. Asystując jednemu z najbardziej niedocenianych trenerów w lidze, w organizacji kierowanej przez legendarnego Pata Rileya, Fizdale miał okazję sporo się nauczyć. I dużą część swojej wiedzy przywiózł do Memphis. Zespołu tak różniącego się od mistrzowskich Heat. Przede wszystkim – zmagającego się z klątwą kontuzji. W sezonie 2015/2016 przez skład Grizzlies przewinęła się rekordowa liczba zawodników – 28. Obecny sezon także nie przebiegał obiecująco – ze składem co chwila żegnał się Chandler Parsons, największe wzmocnienie Memphis w off season, ostatecznie wypadając z niego w marcu na resztę sezonu. Nic nie było jednak w stanie zmienić nastawienia nowego trenera, który za wszelką cenę chciał wygrywać.

Conley

Dla Davida Fizdale niemal wszystko w tym sezonie było nowe. Nowe miasto, nowe miejsce pracy, nowa funkcja. Żeby nie czuć się osamotniony wśród tylu nowości, postanowił wprowadzić również zmiany w zespole, by drużyna dostosowała się do nowych realiów według jego zasad. Siła Grizzlies nadal opierała się na trójce graczy, którzy grają razem od sezonu 09/10. Ich role uległy jednak znacznej zmianie. Zach Randolph, ostoja Memphis pod koszem, który na 294 mecze w ostatnich 4 sezonach regularnych, w 278 wychodził w pierwszej piątce, w nowym sezonie miał przejąć rolę 6th mana. I choć jego minuty zostały nieco ograniczone, jego liczby nie poszybowały w dół, a wręcz przeciwnie. Z-Bo nadal oddawał średnio 13 rzutów na mecz, zbierał ponad 8 piłek i trafiał ze skutecznością 45% z gry. Jego miejsce w pierwszej piątce zajął dotychczasowy zmiennik, JaMychal Green, który dodał Grizzlies nieco zadziorności. Green jest bardziej dynamiczny niż Z-Bo i świetnie odnajduje się w pick&rollach. Dopełnia tym samym Marca Gasola, który jak nigdy otrzymał zadanie rozciągnięcia gry. W jaki sposób? Przez pierwsze 8 sezonów w barwach Memphis Grizzlies, Gasol trafił 12 trójek. W minionych rozgrywkach rzucił ich 104, na 39% skuteczności. Całkiem niezłej, jak na mierzącego 216 centymetrów wielkoluda.

Prawdziwa zmiana miała zajść nie tylko w nawykach na parkiecie, ale przede wszystkim w głowach zawodników. Pod okiem Fizdale’a, zwłaszcza jeden z nich miał przestawić się z bycia jednym z elementów układanki, w pełnoprawnego lidera drużyny. Do tej pory Mike Conley był jednym z najbardziej niedocenianych graczy w lidze.  0 nominacji do All Star Team na wypełnionym gwiazdami na jego pozycji Zachodzie. Tylko raz, w 2013 roku, Conley trafił do drugiej piątki obrońców sezonu. Właściwie najgłośniejszą rzeczą wokół jego osoby był do tej pory jego kontrakt. Największy (póki co) w historii ligi, opiewający na 153 miliony dolarów, podpisany przed początkiem sezonu, w opinii wielu miał go pogrążyć jako zawodnika, który nie będzie w stanie udźwignąć takiej presji. Ale Mike zrobił to, co robił już wielokrotnie w swojej karierze – udowodnił wszystkim, że nie mieli racji i z meczu na mecz stawał się liderem z prawdziwego zdarzenia. Kwintesencją sezonu w jego wykonaniu była seria przeciwko Spurs, w której notował średnio 24 punkty i 7 asyst na mecz. To jednak nie statystyki, a mentalność lidera, pojedynki z Kawhi Leonardem i rzuty, które ratowały Memphis w meczach 3 i 4 tej serii, ustawiły go w jednym szeregu z supergwiazdami tej ligi. Kiedy jeden zawodnik zajmuje większą część twojego Salary Cap, lepiej, żeby był tego wart. Włodarze Memphis Grizzlies mogą spać spokojnie. Conley jest.

Nie sposób pisząc o Grizzlies nie wspomnieć o Vince Carterze. Pod koniec swojej niebywałej kariery, Vince wcale nie wygląda, jakby się gdzieś wybierał.

Co dalej?

70% wspomnianego wcześniej salary cap w przyszłym sezonie przeznaczone będzie na trzech zawodników – Marca Gasola, Mike’a Conleya i Chandlera Parsonsa, który jak sam przyznał w trakcie sezonu, nie jest z siebie zbyt zadowolony. Jeśli jednak Parsons dojdzie choćby do swojej przeciętej dyspozycji (jeśli nie, trzeba się go jak najszybciej pozbyć), wokół takiej trójki śmiało można zbudować solidną ekipę. Jeśli dodamy do tego temperament i wizję trenera Fizdale, po Memphis Grizzlies możemy spodziewać się w przyszłym roku naprawdę dużo.

Jest to bowiem jedna z niewielu drużyn, która potrafiła przeciwstawić się tym największym. Podczas sezonu regularnego, Grizzlies dwukrotnie pokonali Golden State Warriors, dwa razy poradzili sobie z ekpią z San Antonio, raz z Cleveland, czy dwa razy z Houston Rockets. Twarda gra, nie odpuszczanie ofensywnych zbiórek i wszechstronność dwójki Conley-Gasol w ataku przyprawiała wielu szkoleniowców o bóle głowy. Co mogą zrobić, żeby być jeszcze lepsi? Z uwagi na ograniczony budżet i dość poukładany skład, każdy ruch w letnim okienku transferowym musi być dokładnie przemyślany. Jeśli chcą myśleć o sukcesach w kolejnych Play Offs i wygrywaniu meczów, o których wyniku decyduje jedna akcja w obronie lub ataku, niezbędni będą im niedrodzy rezerwowi, którzy mogą zmienić oblicze spotkania wyłączając z gry gwiazdy przeciwnika, lub zarażając energią. Niestety dla Memphis Grizzlies, takich graczy, dostępnych na rynku transferowym jest niewiele. Na myśl przychodzi P.J. Tucker, który dobrze poradził sobie z Giannisem Antetokounmpo w serii Raptors – Bucks (oczywiście na tyle, na ile z Giannisem można sobie poradzić).

Miniony sezon nie był dla Memphis Grizzlies tak udany, jakby mogło się wydawać. Fizdale dał się we znaki zawodnikom, kwestionując ich zaangażowanie, gdy przegrali kilka meczów z rzędu w grudniu. Nie było łatwo też pod koniec sezonu, gdy na początku marca przegrali 5 spotkań z rzędu, pod koniec miesiąca cztery, a rozgrywki zakończyli z pięcioma porażkami w sześciu ostatnich meczach. W ostatnim teście tego roku, mimo porażki z San Antonio Spurs, udowodnili jednak, potrafią niwelować swoje słabości dzięki zaangażowaniu i wzajemnemu zaufaniu. To zostawia wszystkich kibiców Memphis z nadzieją na lepsze czasy. Czasy spod znaku Davida Fizdale i Mike’a Conleya.

Czytaj także: Gregg Popovich : Kawhi Leonard jest najlepszym graczem w lidze!
fot. twitter.com/mconley11
Grzegorz Kordylas
@NBAwithGK