James Harden i długo, długo nic. Mniej więcej tak w czwartej kwarcie prezentowała się gra Houston Rockets. Na szczęście dla fanów Rakiet, jeden James Harden  czasami wystarczy, by wygrać mecz, nawet jeśli rywalem są dobrze dysponowani Minnesota Timberwolves.

 

Minnesota Timberwolves – Houston Rockets 101:104

Świetni, choć także im w czwartej kwarcie brakło pomysłu na zdobywanie punktów, a akurat oni na Hardena liczyć nie mogli. Przez większość spotkania to goście narzucali tempo meczu, co z resztą widać było po wyniku. Timberwolves pozbawili podopiecznych Mike’a D’Antoniego ich drugiej najskuteczniejszej broni – rzutów za trzy. Oprócz Hardena, reszta drużyny trafiła zaledwie 3 z 25 rzutów z dystansu. Na szczęście dla nich, pozostała jeszcze broń numer 1.

Timberwolves mieli odpowiedź na niemal każdą zagrywkę Rockets w tym meczu, oprócz jednej. Harden, którego śmiało możemy nazywać już MVP sezonu regularnego, widząc nieporadność swojej drużyny, po prostu przejął ten mecz, w pewnym momencie czwartej kwarty rzucając 12 punktów z rzędu, a gdy niemal cała defensywa Wolves skupiła się na nim, oddał piłkę lobem do Clinta Capeli. W tym czasie goście przez niemal 5 minut nie potrafili zdobyć punktów z gry. W swoim debiucie w play-offs niemal niewidoczny był Karl-Anthony Towns (8pkt), a Andrew Wiggins miał wystarczająco dużo kłopotów podczas prób bronienia Hardena, by po drugiej stronie parkietu myśleć o zdobywaniu punktów.

Na minutę przed końcem mieliśmy jeszcze do czynienia z nieco absurdalną sytuacją, która miała niemałe znaczenie w kontekście szans Timberwolves na dogonienie gospodarzy:

Jakimś cudem sędziowie, którzy sami zagubili się w tej akcji, nie odgwizdali KAT-owi kroków i Wolves zbliżyli się na 5 punktów. Chwilę później Towns dobił niecelny rzut Jimmy Butlera, a Rockets stracili piłkę. Tak oto Jimmy Buckets stanął przed szansą doprowadzenia do dogrywki. Nie popisał się.

Jego stopa najprawdopodobniej znajdowała się na linii, ale to i tak nie istotne, bowiem rzut był fatalnie przygotowany, a piłka nie doleciała do kosza. Butler rzucił dziś 13 punktów i jeśli mielibyśmy wybierać zawodnika z Minnesoty, który wywarł na nas najlepsze wrażenie, byłby to…Derrick Rose.

D-Rose zdobył 16 punktów w 24 minuty i wprowadził nieco popłochu w szeregach defensywnych Rockets. Timberwolves byli blisko, nawet bardzo. Całkiem możliwe, że była to najbardziej komfortowa sytuacja, jaką mogli stworzyć sobie przeciwko najlepszej drużynie sezonu regularnego. Z drugiej strony – jeśli będą kontynuowali taką grę, znajdując przy okazji sposób na wykorzystanie swojego potencjału w ataku, ta seria może potrwać dłużej, niż nam się wydawało.

Póki co, 1-0 dla Rockets.

Grzegorz Kordylas
fot. Getty images
Czytaj także: Cavs pogrążeni u siebie!