Jeden z najlepszych rozgrywających w historii ligi musiał iść na kompromis pomiędzy typowym kreowaniem dla kolegów, a wykańczaniem akcji samemu. Jeden trener pomógł mu odmienić nastawienie i w ten sposób zdobyć nagrodę MVP.

 

Steve Nash był przede wszystkim niezwykle inteligentny. Doskonale wiedział, jak ma sobie radzić w różnych warunkach. Dzięki swoim osiągnięciom i całej spuściźnie, wkrótce zostanie włączony do Galerii Sław koszykówki. Na wyróżnienie Nash bez wątpienia zasłużył, ale przy okazji tej kluczowej chwili, podkreślającej jego wspaniałą karierę, będzie miał kilka osób, którym bez wątpienia podziękuje. Niewykluczone, że wspomni także o Donie Nelsonie.

SPRAWDŹ AKTUALNE KODY RABATOWE NA DUŻERABATY.PL

– Nellie podpowiedział mi, bym grał agresywniej i częściej oddawał rzuty – wspomina Nash. – Nigdy jednak nie robiłem tego w takim stopniu, w jakim faktycznie bym mógł. Prawdopodobnie powinienem oddawać średnio 20 rzutów więcej na mecz. To miałoby więcej sensu – dodał w rozmowie z ESPN.

Nash w swojej karierze rozegrał 1217 meczów w przekroju całej swojej kariery. Średnio notował na swoje konto 14,3 punktu, 8,5 asysty trafiając 49% z gry i 42,8 3PT%. Taka skuteczność czyniła go jednym z najlepiej rzucających ligi. Jednak Steve zamiast decydować się na samodzielne wykończenie akcji, bardzo często szukał gry ze swoimi kolegami. To w efekcie odbiło się na jego produktywności. Siłą rzeczy jego przykład był nauczką, m.in. dla Stephena Curry’ego, który mimo tego, że jest dobrym play-makerem, nigdy nie rezygnuje z możliwości na oddanie rzutu.

Zobacz także: Niesmak pozostał
fot. Getty Images
Michał Kajzerek
@mkajzerek