Stojący naprzeciw czwórce graczy na poziomie All-Star i 20 000 żądnych zwycięstwa kibiców w Wells Fargo Center, zawodnicy Nets przez moment byli bohaterami wszystkich underdogów. Przez moment, bo chwilę później ich osiągnięcie powtórzyli Orlando Magic, jednak styl, w jakim Nets pokonali faworyzowanych 76ers sprawił, że na drugi mecz tej serii czekamy z niecierpliwością.

 

Brooklyn Nets – Philadelphia 76ers  111:102

Jeśli braliśmy pod uwagę zagrożenie ze strony Nets, to większość z nas wyobrażała sobie nieprawdopodobne popisy D’Angelo Russella, walczącego w pojedynkę z gwiazdami Sixers. Nic bardziej mylnego. Russell rozpoczął spotkanie pudłując 9 z 10 oddanych rzutów, a mimo tego już od początku meczu to podopieczni Kenny’ego Atkinsona zapanowali nad tym nieco chaotycznym widowiskiem. Pierwsze minuty, nerwowe w wykonaniu obu drużyn, pokazały jak dobrze Nets przygotowali są w defensywie. Kolejne udowodniły, że także oprócz D’Lo, Brooklyn może pochwalić się sporą ilością talentu.

Nie jest to zaskoczenie dla nikogo, kto śledził tę drużynę na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy. Bez znaczenia, czy na parkiecie jest akurat pierwsza piątka, czy przedstawiciele ławki – każda kompozycja zawodników Nets potrafiła być wczoraj zabójcza. Joe Harris, najskuteczniejszy zawodnik zza linii trzech punktów w lidze trafiał ważne rzuty już w pierwszej kwarcie. Russell w końcu wybudził się z marazmu i w trzeciej kwarcie zaaplikował gospodarzom 14 oczek, kończąc wieczór z 25 punktami na koncie. Równie często o losach piłki decydowali Caris LeVert (23pkt) i Spencer Dinwiddie (18pkt), którzy raz za razem szokowali Sixers w indywidualnych akcjach, doprowadzając defensywę gospodarzy do szaleństwa.

I choć w każdej z pierwszych trzech kwart Nets rzucili 31 punktów, największe wrażenie robiła ich defensywa. Znakomity występ Jimmy’ego Butlera (36pkt), który raz za razem przywracał kibicom nadzieje, nie wystarczył. Nets praktycznie wyłączyli z gry Tobiasa Harrisa, JJ Redicka i Bena Simmonsa. Cała trójka trafiła w sumie ledwie 8 rzutów i zdobyła 18 punktów. Joel Embiid spudłował wszystkie 5 prób za trzy, a goście raz za razem wysyłali go na linię osobistych. Tam uzbierał 12 ze swoich 22 punktów, jednak do samego końca nie był w stania złapać rytmu, w którym potrafi dominować. Przed końcem pierwszej połowy zszedł do szatni, a cała hala wstrzymała oddech – okazało się, że potrzebuje dodatkowej aktywności, by przygotować kolano do drugiej połowy.

Brooklyn zadał pierwszy cios i zszokował koszykarski świat. Czy stać ich na kolejne trzy zwycięstwa przeciwko rozwścieczonym Sixers?

fot. Jesse D. Garrabrant
Czytaj także: Walton w nowym klubie!