Choć sport nie raz udowodnił, że można spodziewać się po nim wszystkiego, awans Detroit Pistons do drugiej rundy wydaje się w tych okolicznościach niemal niewykonalny. Milwaukee Bucks wykorzystali brak Blake’a Griffina i pokazali pełnię swoich sił w jednym z najbardziej jednostronnych spotkań, jakie widziały play offy w minionych latach.

 

Co tu dużo mówić – niemal wszystko w tej serii po stronie Detroit zależeć będzie od Andre Drummonda i Reggie Jacksona. Ten pierwszy przy 40-punktowej przewadze rywali odepchnął Giannisa i został wyrzucony z boiska z 12 punktami na koncie. Kiedy był na parkiecie, Pistons stracili aż o 45 punktów więcej, niż zdobyli. Drugi spędził na boisku ledwie 22 minuty i nie był w stanie odwrócić losów spotkania, trafiając 6 z 14 rzutów. Ale umówmy się – losów tego meczu dla Pistons nie odmieniłby nawet LeBron James.

Bucks od początku zagrali niemal perfekcyjnie, nie dopuszczając gości do słowa. Już po niemal pięciu minutach prowadzili 20:4, a Giannis Antetokounmpo był nie do zatrzymania, choć Dwane Casey wystawił naprzeciw niemu byłego kolegę z drużyny – Thona Makera. Pamiętacie, jak Giannis mówił, że nikt w lidze nie potrafi kryć go w pojedynkach 1 na 1? Trudno się z nim nie zgodzić.

W pewnym momencie Bucks objęli 43-punktową przewagę. Czwarta kwarta właściwie mogłaby się nie odbyć, ale, że trzeba było dograć mecz do końca, ostatecznie Pistons udało się zmniejszyć straty do 35 oczek.

Występy Blake’a Griffina w dalszej części serii stoją pod ogromnym znakiem zapytania. Problemy z kolanami dają mu się we znaki od kilku tygodni, a Blake znów musi zmagać się z tą samą starą śpiewką – o nieobecności w play offach.

Czy Pistons bez niego w składzie dadzą radę się podnieść?

Czytaj także: Lillard zadaje pierwszy cios!