Nie jest to typowy match-up między #1 a #4. Rok temu Celtics bez Kyrie Irvinga i Gordona Haywarda poradzili sobie z Bucks w siedmiu meczach. Wielu z nas spodziewało się, że zdominują sezon regularny, zamiast tego podopieczni Brada Stevensa przeszli przez sporo wzlotów i upadków. Wczoraj nie wyglądali jednak jak drużyna skazana na pożarcie w pojedynku z najlepszą ekipą w lidze.

 

Boston Celtics – Milwaukee Bucks 112:90

Jak złudne potrafi być wrażenie po pierwszym meczu serii, mogliśmy przekonać się chociażby w pierwszej rundzie i pojedynkach Raptors i Sixers. To było jednak coś innego.

Celtics zagrali niemal perfekcyjnie w defensywie. W ani jednym pojedynku w sezonie regularnym (1-2) nie byli w stanie tak bardzo spowolnić Giannisa Antetokounmpo (22pkt, 7/21 z gry), a tym samym pozbawić Milwaukee większości pomysłów na rozegranie akcji. A przecież Mike Budenholzer stworzył kolektyw, który nie musi polegać na głównym kandydacie do nagrody MVP. Kiedy Bucks zaczęli się rozkręcać i w drugiej kwarcie odrobili 15-punktową stratę, punkty zdobywali Middleton (16pkt), Hill, Mirotic. Żaden z nich nie był jednak w stanie rozgryźć defensywy Celtics na dłuższą metę. Eric Bledsoe spędził na parkiecie zaledwie 25 minut i trafił 1 rzut. Podobnie Brook Lopez i Sterling Brown (w sumie cała trójka 3/17 z gry).

W sumie Bucks trafili ledwie 34% swoich rzutów i zdobyli 24 punkty w pomalowanym. Jak to się stało, że nawet Giannis nie zdominował Celtics pod koszem? Brad Stevens ma przeciwko niemu jeden poważny argument.

Przez cały rok powtarzamy, że nie da się przecenić wartości, jaką ma dla nas Al Horford. Liczby to potwierdzają.

 

I choć często w boxscore nie widać prawdziwego wpływu, jaki Al ma na tę drużynę, wystarczy rzut oka na jego wczorajsze cyfry, by zobaczyć, że Stevens ma rację. 20 punktów, 11 zbiórek i 3 bloki, plus wszystko to, co robi, odkąd przyszedł do Celtics. Wielu po prostu przyzwyczaiło się do dowództwa Ala Horforda i nie robi to na nich większego wrażenia. W meczach takich jak ten, dominikański zawodnik niemal za każdym razem udowadnia, że niezmiennie jest jednym z najważniejszych ogniw całego systemu Stevensa.

C’s wystrzelili jak z procy w trzeciej kwarcie, przeprowadzając dwa pozbawiające gospodarzy nadziei runy, w których zdobyli po 12 punktów z rzędu. Ich przewaga już pod koniec trzeciej kwarty wynosiła 20 oczek i ani razu do końca meczu nie zeszła poniżej 10 punktów. Oba zespoły szybko rozprawiły się z rywalami w pierwszej rundzie, ale to Celtics wyglądali na dużo bardziej głodnych gry.

Horforda w ataku wspierali Brown (19pkt) i Irving, który do 26 oczek dołożył najlepsze w swojej karierze w play offs 11 asyst. Udany mecz z ławki zaliczył także Gordon Hayward (13pkt, 5/8 z gry).

Game 2 w nocy z wtorku na środę. Mike Budenholzer i Giannis Antetokounmpo mają wiele do przemyślenia. Jak złamać żelazną defensywę Celtics i sprawić, by to oni musieli rozpracować ich szyki obronne?

Czytaj także: Dwie 35-tki na rozpoczęcie serii Rockets-Warriors!